Drodzy Internauci.
Ta strona należy do Was. Jeżeli ktoś z Was ma psa lub kota wziętego z przytuliska, schroniska, znalezionego na ulicy albo zna kogoś, kto bezdomnego zwierzaka przyganął - piszcie do nas o tym! Dołączcie jego zdjęcia (jeżeli macie), opiszcie jego historię, opowiedzcie jaki jest wspaniały i kochany i jakie kłopoty mieliście zanim sie zaadoptował.
Czekamy na wiadomości od Was
Redakcja


Historia trzydziesta czwarta(30.11.07) - od NAS : PIKUSIA

Pikusia ma dom dzięki wspaniałym ratowniczkom!!
na dole zdjęcia z nowego domu



Tak się zaczęło:
Szanowni Państwo,

Piszę do Państwa w sprawie, która nie pozwala mi ostatnio spać...
Pikusia trafiła do poznańskiego schroniska w pierwszym dniu tego roku. Brudna, wychudzona....biedna, porzucona sunia, której ktoś kazał rodzić jeden miot za drugim, a potem zostawił na ulicy jak popsuty mebel...
Pikusia w schroniskowej klatce nikła w oczach...
Gdy Fundacja Canis et Felis zabierała ją stamtąd, Pikusia była na skraju śmierci.

Szczegółowe badania lekarskie wykazały to, czego nie dało się zdiagnozować w schronisku - ogólne zakażenie organizmu, graniczące z sepsą... Weterynarz dawał suni 15% szans na przeżycie....
Dom, w którym tymczasowo miała przebywać Pikusia, zamienił się w szpital - kroplówki, zastrzyki, specjalistyczna, lecznicza karma... W pomoc Pikusi włączyli się ludzie z całej Polski.

  

  

Dużo by pisać....Leki, wspaniała opieka i ....miłość sprawiły, że Pikusia zaczęła wracać do świata żywych.
Jest cudowną, łagodną sunią, która mimo przeżytych lat uwielbia biegać, bawić się z innymi psami, tarzać się w śniegu i na wszelkie sposoby okazywać przywiązanie do ludzi.

  

Fundacja Canis et Felis szuka dla niej domu, w którym będzie kochana i który nigdy jej nie porzuci.
Pikusia jest wysterylizowana, zaszczepiona i teraz już w dobrej kondycji.

  

Jeśli ktoś z Państwa chce jej pomóc, proszę o telefon: 0661 955880 lub maila: malgorzata.prokopowicz@fcef.pl , monika.preibisz@fcef.pl

Pozdrawiam serdecznie,
Małgorzata Prokopowicz

  


Nasz tekst:
Załączone zdjęcia to przegląd z paru miesięcy. Poza pierwszym, zdjęcia sš z domów tymczasowych Pikusi. Sami zobaczcie różnicę...
Cała historia Pikusi z detalami opisana jest tu: http://dogomania.pl/forum/showthread.php?t=37589

  


Dzięki zaangażowaniu wspaniałych osób wspaniała Pikusia ma wymarzony dom!
Na dogomanii GoniaP napisała:
"Właśnie wróciłyśmy, zostawiwszy Pikusię w nowym domu.
Psinko kochana, bądź bardzo szczęśliwa!!!
Nigdy nie było mi tak ciężko kiedy oddawałam psy do wspaniałych domów, jak ten
Pikusia to dla mnie ten pierwszy, i jedyny, jak dotąd, "przypadek" kiedy serce mi się właśnie rozpadło na kawałki."


Poniżej zdjęcia Pikusi z jej, własnego już, domu.

  

  

  

  

Wszystkie zdjęcia skopiowane ze strony http://www.dogomania.pl/forum/showthread.php?t=37589&page=25


Historia trzydziesta trzecia(29.08.07) - od Marty : MEGI

Była wczesna jesień. Pojechałam z mężem do schroniska dla zwierząt w Szczecinie. Spędziliśmy w nim ponad godzinę, chodząc od boksu do boksu. Ręce, którymi wciąż głaskałam psie łebki miałam wylizany aż po łokcie, serce wielkie i trudny wybór do dokonania. Myśleliśmy, że to my wybierzemy jakiegoś pieska, a tymczasem to on wybrał nas, a właściwie ona- suczka Megi. Przebywała w odosobnionym boksie na tyłach schroniska, ponieważ kilka dni temu miała przeprowadzoną sterylizację. Megi nie szczekała, nie skomlała, nie narzucała się. Ona po prostu stała za kratami i wlepiła w nas swoje wielkie, czarne oczy. Wyciągnęła łapę, jakby chciała się z nami przywitać. A potem przycisnęła całe swoje niewielkie, wychudzone ciałko do krat i z zadowolenia przymykała oczy, kiedy ją głaskaliśmy. Megi była skrajnie wychudzona, co widać na zdjęciu. Znajdowała się w schronisku około miesiąca czasu i myślę, że gdyby została tam odrobinę dłużej po prostu umarłaby z głodu ("brawa" dla pracowników szczecińskiego schroniska...).

Odkąd zobaczyliśmy Megi było oczywiste, że to właśnie psiak, którego szukamy. Początki były trudne. Megi ma bardzo delikatny żołądek, bardzo długo miała rozwolnienie po wszystkim, co zjadła. Była tak osłabiona, że nie mogliśmy wychodzić z nią na długie spacery, bo nie miałaby siły wrócić. Była skrajnie wychudzona i długo nie mogła zrozumieć, że już nie musi walczyć o jedzenie, że po prostu je dostanie. Zdarzały się sytuacje, kiedy pod naszą nieobecność zabierała i zjadała cały bochenek suchego chleba... Jest też bardzo agresywna w stosunku do innych zwierząt. Z reguły od razu rzuca się na nie do ataku- być może sama kiedyś była atakowana, więc od razu się broni.

Megi jest już z nami 9 miesięcy. Teraz to silny, wesoły i duży pies. Uwielbia biegać za patykiem, brodzić w wodzie, biegać, a najbardziej ze wszystkiego uwielbia się przytulać. Każdego dnia okazuje nam swoją wdzięczność. Kiedy jestem smutna, wpycha swój duży, czarny nos pod rękę, patrzy w oczy i nie sposób wtedy się nie uśmiechnąć. Megi stała się niezastąpionym członkiem naszej rodziny. Bardzo o nią dbamy, a ona potrafi odwdzięczyć się za to.

Czasem tylko przechodzą mnie ciarki na myśl o tym, że mogła po prostu umrzeć zaniedbana i zagłodzona przez schronisko i ludzi, którzy zapominają, że ich zadaniem jest niesienie pomocy, a nie pomaganie w umieraniu... Dzięki nam Megi stała się innym psem, co najlepiej oddają zdjęcia.

Pozdrawiam wszystkich miłośników psów i cieszę się, że mogłam podzielić się z Wami historią Megi.


Historia trzydziesta druga(10.07.07) - od Ilony : DOZER


Witam
Jestem właścicielką 4 letniego mieszańca, którego przygarnęłam z ulicy, wabi się Dozer. Jest to kolejna znajda w moim życiu i pewnie nie ostatnia.
Znalazłam go przy drodze, miał wtedy jakieś 6-7 miesięcy, był małym pięknym szczeniaczkiem. Wtedy jeszcze nie wiedziałam czemu ktoś mógł wyrzucić tak ślicznego psiaka, zwłaszcza że wyglądał na zadbanego (piękna błyszcząca sierść, zadbane poduszeczki na łapach).
Miał rany otwarte z prawej strony, wyglądało to jak mocniejsze otarcia. Niestety mimo leczenia rany zaczynały gnić i nie chciały się goić. Weterynarz sam nie wiedział co ma robić. Pies był już tak słaby że nawet nie chciał wstwać, rodzice chcieli go uspić ale nie poddałam się i wyszukałam inego weterynarza. Dopiero ten człowiek pomógł mi a właściwie to mojemu psiakowi.
Dzisiaj już wiem że szczeniak, którego znalazłam miał głębokie rany po poparzeniach. Niestety sierść nie odrosła, zostały blizny na skórze i w psychice - choć te powoli znikają. Do dziś boi się ognia.
Jest inny ale kochany.

Historia trzydziesta pierwsza(25.06.07) - od Anety : SONECZKA

Witam. Chciałam opowiedzieć o historii która mi się przytrafiła.

3 lata temu zdechł mój przyjaciel Asan. Był to przecudowny piesek, którego bardzo kochałam i który bardzo kochał mnie. Zawsze jak miałam jakiś problem lub gdy było mi źle szłam do niego i mu o wszystkim opowiadałam, nawet przy nim płakałam i to nieraz. Wtedy on lizał mnie po twarzy i przewracał na ziemie żebym się uśmiechneła:) Mógł godzinami słuchać moich opowieści i cały czas patrzył się na mnie, on zabrał ze sobą wszystkie moje tajemnice o których nikomu nie mówiłam.
Ale niestety nadszedł taki czas że Asanek zachorował na wątrobe i już nie było dla niego ratunku:(:( w pierwszy dzien zimy odszedł;(;(;( byłam załamana, nie chciałam z nikim rozmawiać, po prostu wpadłam w depresje. Mimo że byłam wtedy stosunkowo 'mała' to wiedziałam ze straciłam go na zawsze i wtedy moje cierpienie pogłebiało sie.
Po dwóch miesiącach po stracie Asanka powoli dochodziłam do siebie. Pewnie niektórym wyda się to głupie, pomyślą sobie ile można dochodzia do siebie po stracie psa??? Ale on dla mnie nie był tylko psem, był moim przyjacielem. Ja kocham zwierzeta i nie traktuje ich jak zwierzeta tylko właśnie jak przyjaciół. Nie moge patrzeć na cierpienie zwierząt bo to mnie dobija.
Ale wróćmy do tematu. No wiec mineło pół roku i postanowiłam że chce mieć drugiego przyjaciela. Pojechałam z rodziną do schroniska w Krakowie. Gdy weszłam do środka i zobaczyłam te wszystkie psiaki chciałam je wszystkie zabrać, ale niestety nie mogłam:(
W pewnym momencie zobaczyłam malutki, czarny pyszczek wychylający się z pomiedzy krat. Podeszłam i zobaczyłam prześliczną suczke, która bardzo cieszyła się że ktoś do niej przyszedł. W boksie była też jej mama i siostra. Od razu pokochałam to malenstwo. Była takim ruchliwym psiakiem, że od razu chciałam ją zabrać!!
Rodzina zgodziła się abym ją wzieła. Wiec niedługo po tym Pani wzieła ją z boksu i dała mi ją na rece. Początkowo troche się bała, ale przyzwyczaiła sie. Gdy ją wynosiłam ona patrzyła w strone swojej mamy i siostry. One też za nią wyglądały i były strasznie smutne, chciało mi się płakać jak widziałam ich smutne mordki:(:(
Musieliśmy dać naszą nową psiapsiółe na badania. Gdy było po wszystkim pojechaliśmy do domu. Tam Sonusia (bo tak po konferencji ją nazwaliśmy) szybko się zadomowiła. Biegała, brykała jak mały zajączek tyle tylko że bała się trawy;) Jak się ją dawało na trawe to odskakiwała na beton:/ no ale z czasem się przyzwyczaiła. (Teraz nie widzi świata poza trawą cały czas się bawi na niej:) )
Teraz Soneczka ma 3 latka i jest szcześliwym psiakiem. Jest bardzo duża, ma lśniącą sierść. Jest KOCHANA!! Ale strasznie boi się burzy:/ Na razie nie da się z nią tak rozmawiać jak z Asankiem bo myśli tylko o zabawie:P Ale mam nadzieje że kiedyś bede mogła z nią rozmawiać godzinami:):)

Historia trzydziesta (25.11.06) - od Elżbiety : NUNA

Moja historia będzie pewnie podobna do wielu, które czytałam na Państwa stronie, a mimo to chcę ją napisać, ponieważ mimo podobieństwa do innych niedoli to przecież historia mojej kotki, która jest dla mnie jedyna w swoim kocim rodzaju.
Przez 11 lat w moim domu była suczka wielorasowa, Norka. Jednak w wyniku ciężkiej choroby i jej cierpienia musiałam ją uśpić. Ból i pustka, którą przynosi odejście długoletniego towarzysza jakim była sprawił, że jakiś czas w moim domu nie było innego zwierzęcia i gdyby nie przypadek pewnie długo by nie było.

A przypadek właśnie zrządził, że w moim domu znalazła się Nuna, czarna kotka.

Oto jej historia:
pracuję w szpitalu, gdzie w tunelach żyje wiele bezdomnych, bezpańskich kotów, które jakoś sobie radzą w trudnych warunkach szpitalnych tuneli.
Głód, bród, jak inne czyhające niebezpieczeństwa w postaci szczurów, ludzi, czy innych kotów dają się we znaki szczególnie kociakom przychodzącym tam na świat, które w wyniku niedożywienia i brudu chorują i nie dożywają wieku dorosłego. Chodząc korytarzami widuje się koty, które zwykle płoszą się na widok ludzi. I tak, któregoś dnia zwrócił moją uwagę kociak, który wcale nie uciekał, wręcz przeciwnie lgnął do ludzi, był ufny, przymilał się, jakby prosił o odrobinę serca, uwagi, jedzenia.
Choć był żywym kociakiem, skorym do zabawy jego wygląd ogólny mówił o wątpliwej kondycji zdrowotnej i ciężkim kocim dzieciństwie. Schodziłam do niego co dzień, aż po jakimś czasie zapadła decyzja: nie zostaniesz tu dłużej, zabieram cię do domu. Moja mama stwierdziła, że "czegoś" tak brzydkiego to jeszcze w życiu nie widziała.

W pierwszej kolejności wizyta u weterynarza, który orzekł, że to obraz nędzy i rozpaczy, skąd ja go wzięłam? Chory. Grzybica na uszach i łapach (zakaz kąpieli), stan oczu zły ? pozostałości po kocim katarze, łupież wątrobowy, opuchlizna głodowa brzuszka i ułamany kieł.
I tak zaczęło się wielotygodniowe leczenie mojej znajdy. Lekarze specjaliści "dobrego serca" z naszego szpitala poza godzinami pracy udzielali mi porad lekarskich; dermatolog leczył grzybicę, okulista oczka. Łupież, gdy kociak zaczął jeść (a to nie stało się od razu) znikł sam. Pod względem czystości, nigdy nie było problemów. Od początku kotek załatwiał swoje potrzeby tam gdzie powinien, czyli do kuwety.
Teraz Nuna, bo tak ma na imię moja kicia, ma 7 lat, jest piękną, wysterylizowaną kotką o jedwabistej, czarnej sierści i po jej smutnym dzieciństwie i chorobie przypomina tylko "zamglona" rogówka na oku, pozostałość po chorobie, reszta jest tylko wspomnieniem.
Nigdy nie żałowałam swojej decyzji i cieszę się że ją mam. Choć nie jest typem kota pupila-przytulanki, gdzieś w niej nadal jest dzikość, dzięki której pewnie przetrwała swoje kocie dzieciństwo, mimo to wniosła wiele radości do naszego domu.

pozdrawiam ludzi dobrego serca,
Elżbieta z Krakowa.

Historia dwudziesta dziewiąta (27.10.06) - od Śmiałej : MIKI

Natchniona opublikowanymi przez Państwa historiami postanowiłam opisać w pigułce 6 miesięcy z życia Mikiego.

12 kwietnia wracałam z mężem późnym popołudniem do domu (mieszkam w Krakowie). Spostrzegłam siedzącego na poboczu małego białego pieska, sprawiał wrażenie zagubionego, przerażonego zwierzaka. Siedział przyklejony do ściany bloku z położonymi po sobie uszkami. Podeszłam dałam się obwąchać i pogłaskałam po główce, a Miki bez zaproszenia po prostu poszedł za nami do domu. Na początku myślałam, że to suczka w ciąży - był przeraźliwie gruby. Myśleliśmy, że się zgubił- rozwiesiliśmy w okolicy plakaty z jego podobizną, pytaliśmy okolicznych mieszkańców : z nadzieją, że może go ktoś rozpozna. Daliśmy ogłoszenia do gazet, do TOZu, pojechałam nawet do schroniska z jednym plakatem zapytać czy ktoś nie szukał takiego pieska. Bez odzewu. Nikt go nie szukał, a minęło już 6 miesięcy. Obiecałam psu jedno: żadnego schroniska nie będzie oglądał jako pensjonariusz.

Po jakimś czasie tak się ze sobą zżyliśmy, że podświadomie nie chciałam, żeby ktoś Małego adoptował.

W trakcie spacerów co parę kroków chwytał to mnie, to męża przednimi łapkami za nogi, tak jakby prosił: nie zostawiajcie mnie! Do tej pory bardziej się cieszy jak wraca ze spaceru niż jak na niego idzie.

W domu non stop, przy każdej możliwej okazji wskakiwał na kolana i lizał po twarzy. Do tej pory boi się wszelakich kijków, lasek, parasoli i pewnego typu mężczyzn. Za to jak widzi typ niskiego, starszego mężczyzny z siwymi włosami to reakcja jest przeciwna- histerycznie się cieszy, ale niestety szybo się przekonuje, że to nie ten... Jego pierwszy właściciel zapewne nie był w stanie psem się opiekować dalej a rodzina nie chciała.

Podejrzewamy z mężem, że pies został wyrzucony z samochodu: do tej pory kuleje- ma uszkodzony nerw, bliznę na łapce. I jak się okazało ma świetną orientacje w terenie, potrafi np. spod oddalonego o kilkaset metrów sklepu sam wrócić do domu, wie która klatka, który blok. Więc gdyby znał okolicę to wróciłby do swojego domu rodzinnego.

Kiedyś zostawiłam Małego przed sklepem na 5 minut- element treningu zostawania samemu- wracam po kilku minutach i psa nie ma. Ja łzy w oczach i panika- szukam go po okolicy i nic. Smyczy w miejscu w którym psa zostawiłam nie ma, nikt takiego psa nie pamięta. Po mniej więcej godzinie szukania poddałam się myśląc: skoro nie ma smyczy to może znalazł inny dom. Pamiętam stałam w kuchni nad cebulą (jeszcze nie obraną) i ryczałam- dodatkowo mąż nie krył radości, że problem zniknął. Skończyłam z cebulą, zaczęłam przyprawiać mięso na gulasz- łzami, gdy nagle słyszę znajomy szczek, bardzo niecierpliwy szczek ( no złaź po mnie ty głupia babo!). No to lecę na balkon, wychylam się, a na dole z zadartym łbem stoi moja Krupeczka. Bez obroży, smyczy...pewnie się komuś wyrwał... i wrócił do domu. Szczęścia tamtej chwili nie da się opisać: ja ryczałam a Mały piszcząc z radości lizał mnie po twarzy.

Pierwsze tygodnie były ciężkie- nie chciał zostać w domu sam nawet na minutkę- zjadł całą tapicerkę drzwi aż do blachy. Mąż był przeciwny zostawieniu psa w domu- ja powiedziałam, że psa do schroniska nie oddam- tam już jest wystarczająco dużo psiego nieszczęścia. Szukałam dla niego domu. Nie chciałam dać za wygraną. I prawie się udało: miał mieć dom z ogrodem, jednakże w ostatniej chwili potencjalna nowa opiekunka zdecydowała, że weźmie psa ze schroniska.

Efekty długiej i żmudnej pracy z Mikim są: zostaje już na kilka godzin spokojnie w domu. Na wszelki wypadek nie naprawiłam jeszcze tapicerki drzwi.

Miki to młody pies, w momencie kiedy go znalazłam nie miał jeszcze półtora roku (tak ocenił weterynarz) miał sporą nadwagę i mnóstwo pcheł. Był smutnym pieskiem. Na dzień dzisiejszy jest zdecydowanie szczuplejszy (jada bardzo dobra karmę, ma duuuuużo ruchu). Nie dostaje żadnych słodyczy – o co ma do mnie pretensje ewidentne. Jest uzależniony od mleka.
Jak tylko zwęszy swoim nochalem to „nie ma przeproś”, nie odpuści póki mu nie naleję do miseczki. Potrafi wyć i szczekać histerycznie jeżeli go chcę zignorować. Uwielbia wędzoną rybę, sery pleśniowe i włoskie orzechy. Na trawienie jada od czasu do czasu kawałek jabłka. No i trawa, tak- bez trawy mój pies nie jest w stanie żyć, nie wiem co będzie w zimie. On ją po prostu lubi chrupać, normalnie musi mu smakować bo przecież w takich ilościach chciałby ją spożywać, że nie ma mowy tylko o funkcji „trawiennej”. Mój ojciec mówi, że to taki specjalny gatunek krówki- szwajcarki (Mały jest biały w łatki jasnobrązowe), Miki potrafi się paś jak krówka na łące.

Nie znał wcześniej psich smakołyków (nagród), zakochał się w wędzonych kościach i uszach. Ze swoim głównym posiłkiem czeka aż całe stado będzie razem (czyli on, ja i mój mąż) wcześniej nie tknie michy. Nierzadko zakopuje sobie smakołyki w kocyku- na później.

śpi teoretycznie w swoim kojcu, zwanym balią, a kończy z nami w łóżku. Lubi spać na fotelu u Teściów, gdzie tylko czasem wystawia głowę jak peryskop (w lewo i prawo kręcąc)żeby skontrolować czy Vigo – wilczur Teściów- nie zbliża się za blisko. Uwielbia spać na grzbiecie, przez co pokazuje swój piegowaty brzuszek. Często coś mu się śni, często chrapie.

Uwielbia zabawę. Na spacerze dużo biega to za piłką, to za patyczkiem, to za Vigo, który z kolei traktuje Mikiego jak zabawkę i czeka kiedy rzucę Małym. Ma specjalny sznurek do przeciągania, którym zaczepia domowników, bierze go w pysk podchodzi do człowieka i macha nim pomrukując, zachęcając do wspólnej zabawy.

Kocha kąpiele- nie ważne czy to jezioro, rzeka, ściek, czy głębsza kałuża.

Zestresował już wszelkie ptactwo w okolicy, a drób na działce na sam widok małego białego ucieka. Widocznie tak demonstruje swoją pozycję w okolicy.

Pamiętam jak nie wiadomo było jak do niego mówić. Wpadłam na pomysł wydrukowania listy psich imion ze strony internetowej, i tak właśnie przy haśle MIKI podniósł głowę, i tak zostało. Wydaje się, że przynajmniej bardzo podobnie się wabił. Co prawda to imię dla suczki podobno, ale cóż. Ma jeszcze kilka innych: rybcia, klucha, parówa, knedel, wypłosz, majkel.

Miki to bardzo inteligentny pies sam nauczył się reagowania na komendy wydawane Vigo, co bardzo ułatwiło życie. Słucha, często przekrzywiając główkę. A przede wszystkim odwzajemnia ofiarowana mu miłość. Broni mnie na spacerze przed Nowofunlandem nawet, choć sam jest niskopiennym kundelkiem ważącym 13 kilo. I jest uczulony na wszystko co rude: człowiek z rudymi włosami, jamnik, czy seter irlandzki , nie ma szans na przyjaźń.

W windzie za to zaczepia wszystkich, zachęcając do zabawy wydając przy tym przedziwne odgłosy od pomruków poprzez śpiew skończywszy na szczekaniu zalotnym. Zauważyłam, że sąsiedzi maja niezły ubaw z nas, gdyż zdarza mi się mówić do Mikiego gdy szczeka np.:
„Ani słowa więcej”
„człowieku uspokój się”
„zamknij dziób idioto” – to wtedy jak widzi coś rudego
„głupiś” itp.-
najlepsze w tym jest to, że Mały reaguje na te hasła
Cóż, mojego psiaka nie da się nie kochać, najchętniej mieszkałby ze wszystkimi, których kocha. Okazuje miłość każdemu od, którego dostał choć trochę ciepła. Najważniejsze, że wywalczyłam, zgodę mężusia na pozostawienie Małego u nas. Sam go zresztą bardzo pokochał, czasem udaje mi się podsłuchać jak ze sobą czule rozmawiają myśląc, że nic nie słyszę.

Rok temu musieliśmy pożegnać naszego kochanego owczarka Rockiego, a jeszcze wcześniej mojego spaniela Rubina. Z powodu wielkiej pustki w domu teściowie zdecydowali się na Viga, owczarka niemieckiego. Ja z mężem z różnych powodów wstrzymywaliśmy się z decyzją o psie. Zwłaszcza po tym jak o wziętym przez nas ze schroniska zabiedzonym dobermanie przypomniała sobie właścicielka. Aż do 12 kwietnia.

Miki właśnie chrapie na kanapie.

Pozdrawiam serdecznie i apeluję: ludzie kochajcie zwierzęta!!! W schroniskach czeka na Was tyle nieszczęśliwych duszyczek!!!

Historia dwudziesta ósma (13.12.05) - od Kingi : PIMPI

Kilka lat temu, po stracie ukochanej kotki Pusi, postanowiłam postarać się o kolejnego kota - zawsze w domu były dwa.
Mam wspaniałą znajomą Kocią Mamę, która powiedziała mi, że u niej na podwórku jest kotek do wzięcia - krzywda się mu tam nie działa, bo wszystkie koty z tego podwórka są dokarmiane w sklepie mięsnym, tzn same się do niego udają, no ale lepiej wziąć do domu co się da, zwłaszcza, że jakaś paniusia się odgrażała, że całe to towarzystwo wytruje.

Poszłam więc na to podwórko, i ku średniej uciesze mojej Mamy, wzięłam białe maleństwo z czarną głowką i ogonkiem. Koteczka była malutka, ale dość odważna. W domu przywitał ją wielki Kubuś, który obnosił się później ze swoją obrazą, że jakieś zapchlone tałatajstwo kradnie mu jedzenie, teraz mu jednak przeszło, bo ma się z kim bawić i jeździć w góry na wakacje, pokazywać, jak się poluje na myszy, itd.

Pimpunia okazała się być piekielnie zapchlona i pełna robaków, dzielnie zniosła kąpiel w umywalce, pchły z niej płynęły, a potem jeszcze pęsetką z niej wyciągnęłam 48 sztuk. Kicia po pierwszej kupie pod moim biurkiem (niestety w kłebowisko kabli ;-) została wsadzona do kuwety (ze względu na odrobaczanie trudno było wymierzyć, kiedy ją do tej kuwety wsadzić) - i więcej nie trzeba było jej pokazywać, od razu zapamiętała :-)
Wprawdzie miała epizod, gdy nie chciało jej się wychodzić na siusiu w nocy z mojego łóżka, ale trwało to na szczęście krótko.

Okazało się, że Pimpi ma wielką przepuklinę, szybko więc przeszła operację, była bardzo grzeczna. Potem została wysterilizowana, mimo tego, że w górach czekał piękny narzeczony, czarny z białymi wąsami i skarpetkami ;-) Okazało się wtedy, że ma niezły charakterek - po operacji została ubrana w ochraniacz ze starej koszulki, żeby sobie nie drapała brzuszka. Udawała, że chodzić w tym nie może, kuśtykała do miski, miauknięciem dawała znać, żeby ją znieść z łóżka i miała bardzo cierpiące spojrzenie. Cały tydzień siedziałam wtedy w domu, ale raz musiałam wyjść. Gdy wróciłam, znalazłam ubranko na podłodze, a kot latał jak szalony po całym domu, skakał po meblach - pełna sprawność. Jak się ją udało złapać i wbić w ubranko, znów zaczęła się zachowywać jak kaleka.

(fotografia: Pimpi na wakacjach)
Pimpuś jest naprawdę słodkim kotem, ma przyjemny zwyczaj przychodzenia rano na tzw. ciumciaki - wpycha się pod pachę, ugniata łapkami piżamę, a kawałek materiału bierze do buzi i ssie. Nic nie pomaga tłumaczenie, że pazurki są ostre, a pół piżamy zostaje po tej zabawie mokre - Pimpi musi swoje odciumciakować, potem zasypia, mruczy i lekko pochrapuje. Jest wtedy rozkoszna.
Poza tym uwielbia kłaść się na dywanie na pleckach i pokazywać brzuszek - naiwni się na to łapią i chcą pogłaskać. Trudno przewidzieć, że tak anielsko wyglądający kotek ma tak strasznie ostre zęby i pazurki ;-)
Pimpi ma również ulubione zabawki - szczególnie lubi małego, pluszowego jeżyka (na zdjeciu u góry), który wygląda jak mysz, oraz myszkę z dzwoneczkiem w środku - ona najlepiej się nadaje do zabawy w nocy, zeby było słychać, gdzie jest ;-) Teraz myszka wygląda, jakby przeszła chemioterapię....
Uwielbia łapać kursor na monitorze (musiałam zmienić wygaszacz na nieruchomy, bo kot dostawał szału, że coś się rusza), straszyć gołębie na parapecie (wszystkie szyby są oplute), a przede wszystkim jeść. Stąd jej imię ;-)

Moja Mama, choć nie miała ochoty na drugiego kota, przyznaje, że Pimpi jest cudna, i choć może nie ma najpiękniejszego pyszczka na świecie, to jej przytulanki są jedyne w swoim rodzaju.
Mówimy też na nią "Pani Doktor" - gdy bolały mnie plecy, przychodziła do łóżka i przykładała łapki do bolącego miejsca - w zasadzie to nie łapki, tylko parzydełka, tak grzała :-) nie wiem, skąd wiedziała, gdzie mnie boli, ale to naprawdę pomagało (podejrzewam, że bardziej, niż wg niektórych kretynów pomaga skórka z kota).

Pozdrawiam wszystkich miłośników zwierząt,
Kinga

Historia dwudziesta siódma (16.10.05) - od Mirki : MAKSIK

W kwietniu 2003 (dokładnie 6 kwietnia) poszłam sobie na wystawę kotów rasowych, organizowaną w Domu Kolejarza na ul. Filipa w Krakowie. Tak tylko, chciałam obejrzeć kotki i może wziąć jakiegoś rudego. I zobaczyłam panie ze schroniska i TOZ-u z klatką pełną kociego nieszczęścia.

Zapytałam o kotki - kilka z nich już było w ramionach opiekunów podpisujących dokumenty.
W kącie, z pyszczkiem przyciśniętym do krat, tyłem do ludzi, siedział burasek. Panie powiedziały, że kilka razy jest na aukcji, ale nikt go nigdy nie chciał. Już dwa lata w schronisku...
Odeszłam od klatki - tylko po to, żeby kupić mu jedzenie, żwirek, transporter, kuwetkę, miseczki. Na szczęście miałam przy sobie dowód osobisty, aby podpisać umowę. Potem taksówka i domek.
Potem - tydzień strachu - Maksio nie je, nie pije, nie załatwia się, siedzi za meblami i drży cały. Po tygodniu - zjadł rzucone za szafkę mięso. Wyszedł w nocy. Pił i był w kuwetce. W dzień - ucieka, chowa się. Ale warto czekać. Po miesiącu - sam przychodzi na kolana. Ale nadal boi się dzieci, mopa i rękawic (używam do sprzątania). Co go spotkało? Nie wiem i nie chcę wiedzieć.

 
Ale teraz ma nareszcie dom i każdego dnia z całym kocim urokiem mi za to dziękuje. Biegnie truchcikiem, gdy go wołam, przekrzywia główkę z pytającym: miaooo? Jest cudownym przylepkiem i najgrzeczniejszym kocikiem na świecie. A jakie robi fajne sztuczki!
Oto nasza historia. Oby można było opowiedzieć takich jak najwięcej - kocich i psich bajek z happy endem. Pozdrawiamy.
Mirka i Maksio

Historia dwudziesta szósta (25.07.05) - od Danuty : LOLEK

Trafiłam na Waszą stronę przez przypadek i odkryłam wiele pięknych przykładów ludzi kochających zwierzaczki.

Ja też mam pupilka ze schroniska. W 2004 r odeszła nasza ukochana sunia Karolcia i po jakimś czasie brak machającego ogonka był nie do zniesienia. Wybrałam się więc na aukcję do parku w Podgórzu, po drodze prosząc moją sunię w myślach aby dokonała wyboru. I dokonała. Wśród wielu piesków był jeden szarobury, chudy, rozchochrany i pachnący środkiem na pchły. (obraz nędzy i rozpaczy). Pani, która go trzymała na smyczy powiedziała, że w azylu dano mu na imię LOLEK. I mimo, że piesek nie zwracał na mnie uwagi, rozglądając się za panami i tak wiedziałam, że będzie mój.
W domu okazało się, że jest wegetarianinem, nie wie co to mięsko i ryby, bał się głośniejszych dźwięków i nagłych ruchów. Na spacerkach, gdy zobaczył starszego pana o kulach to wyrywał się.
Teraz prawie po roku jest wesołym pieskiem uwielbia szarpać się sznurkiem i chodzić na długie spacery. Nie jest hałaśliwy, bo podszczekuje tylko na dźwięk dzwonka do drzwi albo telefonu. Oczywiście pomaga mi we wszystkich domowych pracach, chodzi za mną krok w krok (nawet do łazienki). Ma przyjaciół w parku wielu też z azylu. Ma tylko jedną wadę - uwielbia leżeć na kolanach. Jest największym pieszczochem na świecie.
Pozdrowienia dla wszystkich, którzy kochają zwierzaczki. Danuta

Historia dwudziesta piąta (7.05.05) - od Aleksandry : GREMLIN, FRODO

Chciałabym Wam opowiedzieć swoją schroniskową historię. Niepolskie to będą realia, ale przecież wszystkie zwierzęta pragną miłości, niezależnie od granic, które to przecież ludzie ustalają.
Do Stanów wyjechałam we wrześniu 2003. Mąż Amerykanin, fantastyczny człowiek ze wspaniałą rodziną. W Polsce pod opieką Mamy został mój 12 letni dachowiec Dziki. Nie wiem, za kim bardziej tęskniłam- za rodziną czy za kotem? Bo przecież wszystko było tu nowe i obce, a ja jakby nie było- sama. Ale już niedługo;)

Pewnego dnia wybraliśmy się na zakupy, traf chciał, że przechodziliśmy obok sklepu zoologicznego. Spacerując między regałami zobaczyłam klatki, a w nich koty i psy. To były dni, kiedy w sklepach dla zwierząt schronisko organizowało adopcje. Nie mieliśmy w planach zaadpotowania kota, jeszcze nie teraz. Ale coś mnie do tych klatek ciągnęło. W połowie drogi usłyszałam płacz. Inaczej tego nie mogę nazwać. Lamentował czarny, może trzymiesięczny kotek o wdzięcznym imieniu Gremlin. Podeszłam. Klatka była na wysokości mojej głowy. Kiciuś skorzystał z okazji, pacnął mnie po czuprynie. A, że mam długie włosy- to się biedak zaplątał. I nadal płakał. Ja się też popłakałam, mój mąż na mnie spojrzał, uśmiechnął się i do domu wróciliśmy z małym urwisem.

Gremlin był spokojnym, wspaniale ułożonym kocięciem, które oglądało z nami telewizje, spało w łóżku i nigdy nie sprawiało żadnych kłopotów. Aż przed Bożym Narodzeniem przestał jeść. Na oczku pojawiła się krwawa plama i już byliśmy u weta. Możliwości były trzy- co jedna-to gorsza. Albo tasiemiec przedostał się do oka(to byłoby do przejścia) albo kot ma HIV lub białaczkę. Zaaplikowane zostały leki i zaczęła się walka. Zawiniętego w ręcznik karmiłam pipetą, zakraplaliśmy mu oko i modliliśmy się, żeby nie stało się najgorsze. 20 grudnia kot słaniając się na łapkach obszedł mieszkanie, po czym wskoczył na nasze łożko i w moich ramionach odszedł na kocią strone tęczy. To była AIDS, na którą nie zrobiono mu testów w schronisku...

Sądzę, że ważne jest, aby właściciel wiedział, na co ma się przygotować, ważne jest testowanie krwi na obecność białaczki i HIV. Nie jest łatwiej pożegnać ukochane zwierzę jeśli się ma tą wiedzę, ale może świadomość jego odejścia w każdej chwili powoduje, że kocha się je jeszcze mocniej?

Po dwóch dniach koszmaru David wpakował mnie do samochodu i pojechaliśmy do schroniska oddalonego jakieś 50 kilometrów- rodzice męża mieli stamtąd kociaka i bardzo chwalili metody pracy tej placówki. W przeciwieństwie do poprzedniego- tam robiono zwierzętom testy na obecność wirusów. Ale teraz już wiedzieliśmy na co mamy być wyczuleni.
O czarnym kocie nie było mowy- przecież nic nie mogło nam zastąpić naszego koteczka.

Froda znalazłam w izolatce. Był niedużą, zakudloną kupką nieszczęścia. Znaleziony w opuszczonym domu, gdzie jego rodzeństwo i matkę zagryzły szczury, uratował się wspinając na parapet. Pracownicy karmili go pipetą z rosołem bez większych nadziei na uratowanie mu życia. Ale w małym ciele wielki duch. Przetrwał pierwsze tygodnie, a potem pojawiliśmy się my. Trzeba go było prawie całego ogolić- był jednym wielkim kołtunem.
Teraz, kiedy patrzę na prawie 10cio kilowego, pięknego szarego tygrysa, z wielkimi jak u sowy złotymi oczami, uśmiecham się pamiętając, jak znajomi pukali się w czoło widząc łysego kota z zapadniętymi żebrami. Frodo jest ufnym rozrabiaką, dzięki któremu nasz dom zyskał niepowtarzalny klimat. Często łapię się na tym, że traktuję go jak człowieka. Cóż, czasem też myślę, że jestem kotem ;)
Może to było przeznaczenie - dać miłość i godne umieranie jednemu kotu, po to, by uratować drugiego? Czasem wydaje nam się, że Gremlin jest ciągle z nami. Szczególnie wtedy, gdy Frodek, przechodząc przez ulubiony pokój czarnulka- skacze w góre niespodzianie, jak gdyby pacnięty niewidzialną łapą. Co ja mówię- on jest z nami. W naszych sercach i pamięci, i pozostanie tam na zawsze.

A mój "polski" kot? Przeżył w szczęściu 13 lat. W czasie moich wakacyjnych odwiedzin w domu długo rozmawialiśmy. Cieszył się, że ma młodszego kuzyna. Wracałam do domu na Święta, cieszyłam się na ponowne spotkanie. Tydzień przed Bożym Narodzeniem Dziki odszedł na cichych łapach. Mama adoptowała czarnego Hebana.
Może to przeznaczenie- dać miłość i godne umieranie jednemu kotu, po to, by uratować drugiego...

Pamiętajcie o Braciach Mniejszych- oni jak nikt inny potrzebują Waszej miłości...
Aleksandra


Historia dwudziesta czwarta (27.04.05) - od Katarzyny : FENA

Rok temu przygarnęłam ze schroniska w Krakowie sunie. Ktoś ją najprawdopodobniej znalazł i przyprowadził. Nie znane było jej imię ani wiek, który oceniono na 6-7 lat. Była bardzo schorowana: nosówka i okropna duża narośl na lewej tylnej łapie..

Wchodząc do schroniska byłam zdecydowana na niewielkiego psa a zakochałam się w średniej suczce. Była to miłość od pierwszego "liźnięcia" :) Siedziała sobie psina przy siatce i patrzyła na mnie swoimi pięknymi oczami... Nie szczekała.... Tylko patrzyła... Jak przyłożyłam rękę do siatki polizała mnie i... już nie było wyjścia, musiałam ją zabrać ze sobą.

Dzisiaj Fena (tak dostała na imie) jest prawie zdrowym psem. Nadal ma problemy z lewą łapą chociaż narośli już dawno nie ma.
Uwielbia aportować i jest nie do zamęczenia w pogoni z ulubioną piłką. Ze względu na łapę czasami sama muszę się pilnować żeby Feny nie przemęczać chociaż sprawia to jej tyle radości.

Uwielbia jeździć autem i wy tym celu został dla niej luksusowo przystosowany bagażnik auta. Jeździmy razem do pracy, gdzie może do woli ganiać po zamkniętym dziedzińcu lub spać koło mojego biurka.
Zaprzyjaźniła się z rottweilerem moich rodziców ale zazdrośnie pilnuje czy czasami Junior nie jest bardziej głaskany od niej :)

Jest straszną panikarą i histeryczką. Wystarczy, ze lekarz się do niej zbliża, jeszcze jej nie dotknie a ona juz skomle i piszczy. Ostatnio do weterynarza jeździmy regularnie gdyż pojawiły się problemy z nerkami. Ale jest już coraz lepiej.

Czuję się jakbym miała ją od zawsze tylko nie mogę sobie przypomnieć jak wyglądała jako szczeniak...

Historia dwudziesta trzecia (31.01.05) - od żony Sławka : HERA

Herę, bo tak nazwaliśmy naszą suczkę owczarka niemieckiego, wzięliśmy trzy tygodnie temu z Grudziądzkiego schroniska.
Pojechaliśmy do schroniska po śmierci naszej dwunastoletniej suczki Luki, ktora byla mieszańcem pinczera.
Chciałam zabrać ze schroniska jakiegoś niewielkiego kundelka, z powodu niewielkiego metrażu naszego mieszkania, jednak Hera podbiła nasze serca, ona jako jedyna nie szczekała i nie skakała na ogrodzenie boksu.
Usiadła tylko i podawała nam łapę, patrząc na nas smutnymi oczyma. Moja szesnastoletnia corka zaczęła płakać mąż stwierdził, że to ona nas sobie wybrała.
Gdy pracownik schroniska zabierał ją z boksu, była strasznie wystraszona a gdy zapiął jej obrożę i wyprowadzał z boksu nasza Hera zamiast iść czołgała się do naszego samochodu, jednak gdy weszła do auta, zaczęła się rozglądać po okolicy.

Początki zawsze są trudne, nasza suczka byla przerażona, poznawała świat od nowa, bała się nawet suchego liścia na trawniku
Dziś biega już radośnie po parku bawiąc się. Boi się jeszcze zgiełku na osiedlu i obcych ludzi, chcących ją pogłaskać.
Ale minęły dopiero trzy tygodnie i wierzymy, że nasza Hera, uwierzy w siebie i ponownie zaufa ludziom, chociaż to napewno trudne, bo tak naprawdę nie wiemy co ją spotkało w jej życiu. My zrobimy wszystko, aby wynagrodzić jej krzywdy jakie wyrządzili jej ludzie.

Historia dwudziesta druga (24.01.05) - od Ewy : SONIA

Nareszcie urlop, wyczekany. Dzwoni telefon. Jednak wezwanie na kontrolę. Urlop muszę przełożyć przynajmniej o 1 dzień. Trudno. Jadę do Dąbrowy Górniczej.

Jadę autostradą. Na wysokości Trzebini na pasie zieleni oddzielającym kierunki jazdy migają mi dwa uszka. Główka psa podniosła się i ukryła w trawie.
Jadę na kontrole ale ta główka nie daje mi spokoju. Siedzę jak na szpilkach, żeby szybciej skończyć.
Wreszcie, mogę wracać. Minęło kilka godzin. Czy ją jeszcze zobaczę? Mniej więcej w tym samym miejscu zawracam i jadę wolniej, mijam to miejsce i nic. Robię zawrotkę, i jadę jeszcze raz i nic, i znowu zawrotka i nic, zaczynam mieć wyrzuty sumienia, że nie zatrzymałam się od razu. Jeszcze raz. Trąbią na mnie przeraźliwie bo to przecież lewy pas ruchu, a ja jadę w żółwim tempie.

Jest. Podniosła się. Szybko zjeżdżam na prawą stronę, zostawiam samochód i przelatuję na drugą stronę. Podchodzę powoli, boję się, może się rzuci na mnie? Dzwonię do Tomka żeby natychmiast tu przyjechał z kiełbasą. W trawie leży pies zwinięty w kłębek, jego oczy uśmiechają się do mnie i mówią :'no jesteś nareszcie'. Merda ogonkiem, jakby chciał podbiec ... ale nie może. Podchodzę, głaszczę główkę, widzę, że nóżki przednia i tylnia spuchnięte są bardzo i tak jakby wisiały sobie.

Przyjechała kiełbasa...i zniknęła w zawrotnym tempie. Biorę psa do samochodu. To suczka. Nie protestuje. Kładę na tylnim siedzeniu, wsiadam do przodu i jadę 160 do weterynarza. Widzę w lusterku jak wstaje na tych zdrowych nóżkach i próbuje patrzeć przez okno z zaciekawieniem: 'gdzie ja jadę?'.

Przyjeżdżam do weterynarza a on mówi: dwie nogi złamane, trzeba uśpić! Co? Uśpić? Te pełne życia oczy? Wpadam w histerię, znamy się tak długo, jak mógł. Widzi mój stan i zaczyna się tłumaczyć, że on nie ma narzędzi...Dzwoni do kliniki na Centralną, tam ją przyjmą!!!

Jadę. Jesteśmy. Doktor Regulicki (nie zapomnę go do końca życia!) robi prześwietlenie i dokładnie opisuje jak trzeba zoperować. Pyta czy się zgadzam bo to kosztuje. No pewnie.
Operujemy. Kilka godzin wycia (ja), bo przecież ona znowu cierpi, bo ma operację. Dzwonie do mamy, stawiam ją przed faktem dokonanym, przywożę psa po operacji. W domu jest już suczka Bella (też znajdka) i nie przyjmuje nowej lokatorki przyjaźnie. Nie szkodzi, najwyżej znajdziemy jej dom. Ale w duchu wiem, że zostanie ze mną na zawsze.

Wybudza się po operacji i merda ogonem gdy słyszy mój głos. Czy może być coś piękniejszego? Mówimy do niej Sunia. Szukamy jej domu, chociaż w duchu wiem, że jej nie oddam, jakbym mogła, przecież to przeznaczenie. Tak więc zawsze ten 'nowy właściciel' jest nie do końca odpowiedni.

Leczenie trwa pół roku. Sunia chodzi w sztabkach i ma liczne rany na ciele, albo ktoś wyrzucił ją z pędzącego samochodu, albo przelatywała i samochód ją uderzył. Ma bardzo krótkie pazurki, długo biegła... Jest bardzo chuda. Boi się mężczyzn. Ale szybko dochodzi do siebie. Dwie panie w końcu się akceptują. śpią razem ze mną w moim najmniejszym pokoju. Trochę mało miejsca ale cóż...

Półtora roku później przeprowadzam się z Tomkiem i Sunią do naszego nowego domu, potem przychodzi na świat nasz synek, cieszę się, że od urodzenia będzie miał kontakt z psem. Mieszkamy tu już prawie 4 lata, wszyscy Sonię( zmieniliśmy jedną literkę) tu znają i uwielbiają. Zawsze tak ładnie śpiewa na powitanie każdego pieska. Broni synka i jest taka grzeczna. Pytają gdzie ją tresowaliśmy?
Co? Uśmiechamy się. Moja Sonusia sarenkowa. Moje uszka. Moje przeznaczenie.


Historia dwudziesta pierwsza (05.01.05) - od Elizki : FOKS

Znalazłam tę stronę przez przypadek, jest bardzo ciekawa, czytając historię pani Elżbiety i jej pięknego charta bardzo się wzruszyłam ... Jeśli można-ja także chciałabym powiedzieć kilka słów o tym jak trafił do mnie mój pies ...
Ma na imię Fox i teraz jest w wieku około 4 lat.
Zawsze chciałam mieć psa, jednak rodzice nigdy nie chcieli się zgodzić tłumacząc mi, że jest to duża odpowiedzialność. Ale gdy już dorosłam i poukładałam sobie w głowie postanowiłam przygarnąć pieska. Było mi obojętne jakiego-tylko nie szczeniaczka ... raczej psa nauczonego czystości. Udałam się więc do schroniska w Krakowie oglądnąć pieski.
Kiedy zobaczyłam je - nie mogłam powstrzymać łez. Była tam jedna psina która zrobiła na mnie ogromne wrażenie: mieszaniec podobny do wilczura ... spoglądał na nas tak żałośnie, był wystraszony, ale zainteresowany obserwatorami ... tak mi się tych psów żal zrobiło. Ale nie miałam odwagi żadnego wziąć ... po prostu nie miałam ... To byłoby dla mnie zbyt wiele jak na pierwszy raz, nie miałam żadnego doświadczenia i bałam się..
Wychodząc ze schroniska (byłam bardzo smutna) zaczepiła mnie pani tam pracująca i pokazała mi ogłoszenie :"oddam foksteriera w dobre ręce, 3 lata" , w pierwszej chwili pomyślałam "nie!" ale numer wzięłam ... W domu się rozmyśliłam, bałam się!!! Bałam się że nie będę potrafiła się nim opiekować - ta kwestia była dla mnie taka nowa!! Ale w końcu postanowiłam przynajmniej zadzwonić. I tak zrobiłam. Przedstawiłam się, powiedziałam czemu dzwonię. Dziewczyna która odebrała telefon zamarła, szybko oddała telefon swojej mamie. Opowiedziano mi historię Foksa (tak się wabi), najpierw wychowywany przez staruszkę, oddany następnie rodzinę z dwójką dzieci. Jedno z dzieci, jak się okazało ma poważną alergię (oprócz tego inną poważną i nieuleczalną chorobę) a psa ... trzeba oddać. Obie się popłakałyśmy, pokochali psa, oni i dzieci, wszyscy zaczęli płakać, z słuchawki dobiegał płacz córki, matki ... tak to teraz pamiętam ... mieli jeszcze do mnie zadzwonić..
I zadzwonili - na następny dzień rano. A po południu już się spotkaliśmy. Czekałam 5 minut i zobaczyłam nadjeżdżający samochód  a w nim - pieska. Marzyłam żeby to był on!! I był! Był piękny gdy go zobaczyłam pierwszy raz ... od razu się zakochałam. Wymieniłam parę słów z poprzednimi właścicielami, dali mi wszystkie potrzebne rzeczy, smycze, miski, przegnali się z psem ... i od tej pory (minął rok w sierpniu) Fox jest z nami :-)
Jak się dowiedziałam Fox miał trafić do schroniska, zaprowadzono go tam - jednak gdy pracownicy go zobaczyli - doradzili właścicielom by się wstrzymali, by znaleźli rodzinę dla tego psiaka ponieważ był bardzo bardzo zadbany ... dobrze że tak zrobili, dobrze że poczekali i że pies tam nie trafił. Co nie znaczy że nie przeżył szoku.
Przez pierwszy miesiąc czuł się u nas obco, był ciągle gotowy żeby uciec - nie dziwie się mu - oderwany od poprzednich właścicieli musiał się czuć bardzo samotny, smutny ...
Teraz jest wszystko bardzo dobrze a Fox stał się moim najlepszym przyjacielem ... .
P.S. mam nadzieję że nie zanudziłam nikogo tym listem, oto adres mojej strony - strony o Foksie : www.elizka83.republika.pl

Historia dwudziesta (19.10.04) - od Asi i Tomka : LAIMA


Pojawienie się Laimy w naszym domu było zupełnie nieplanowane. Przypadkowo otwarta gazeta, zdjęcie i krótka notatka o niechcianym psiaku i już następnego dnia była nasza.

Od początku bardzo przyjacielsko nastawiona i ufna nie sprawiała żadnych kłopotów. Aż dziwnym się wydaje, że po 5-letnim pobycie w schronisku tak szybko przyzwyczaiła się do mieszkania w bloku oraz załatwiania się tylko na dworze.
Jedynym objawem tego, iż początkowo nie do końca czuła się pewnie w nowej sytuacji było to, że w ogóle nie szczekała. Z kolei na dość często przejeżdżające w okolicy karetki lub zostawanie jej samej w domu reagowała iście wilczym wyciem ....
Jednak te dość osobliwe objawy tęsknoty minęły wtedy, gdy pozwoliliśmy poczuć się Laimie z nami bezpiecznie.

Nabrała do nas pełnego zaufania (nawet podczas kąpieli lub czyszczenia uszu jest posłuszna, jakby wiedziała, że to dla jej dobra), uwielbia spacery, co okazuje radosnym szczekaniem (!) przy wychodzeniu z domu. Mimo iż jest pieskiem w dojrzałym wieku ma wiele energii, a swoimi szczenięcymi "minkami" i pozami potrafi rozbawić do łez.

Laima jest z nami dopiero od dwóch miesięcy, a nam niemożliwym wydaje się to, że jeszcze tak niedawno jej u nas nie było.

Pozdrawiamy serdecznie wszystkich miłośników zwierząt - Asia, Łukasz i Laima.

   

Nasz komentarz

Tak wygladała Laima w schronisku fotografowana w marcu ubiegłego roku.
Czy sądzicie, ze chciał ktoś wziąć do domu takiego starego (6 lat) i wystraszonego psa? Zaliczała wszystkie możliwe "aukcje" i wracała spowrotem do schroniska.
Coraz bardziej smutna, coraz bardziej zrezygnowana
I wreszcie półtora roku później uśmiechnęło się do niej szczęście. W przyjaznym domu odżyła. Stała się zwyczajnym, pogodnym i łagodnym psem.

Nie bójcie się przygarniać schroniskowych weteranów. One też mają kochające serca!

Historia dziewiętnasta (27.09.04) - od Patrycji : SONIA

Sonię zabrałam ze schroniska. Nie straszne były dla mnie dwudziestostopnowe mrozy... Brnęłam w śniegu do schroniska... Wiedziałam, że ktoś mi da takie ciepło, że wracając mróz nie bedzie taki dokuczliwy.

Pomyślałam sobie, że psy prosto od hodowcy zawsze znajdą dom, ale te biedniejsze, z pewnych powodów niechciane mają gorszy żywot. I w ten właśnie sposób "wilk syty i owca cała". Ja mam psa o którym zawsze marzyłam, a Sonia ma kochającą właścicielkę, miły dom, ciepło i wiele innych rzeczy, których nie zaznała wcześniej.
Sonię pierwszy właściciel zostawił gdy miała niewiele ponad rok. Była wychudzona, znerwicowana (o czym świadczyły blizny na łapach wynikłe z samookaleczenia pod wpływem silnych stresów).

Sonię mam już od 6 lat. Jest cudowna... pozwalam jej na wszystko... to źle.. ale nie potrafię być konsekwentna wobec niej. Jest najlepszym przyjacielem jakiego miałam!
A tu jest moja stronka dla miłosników bokserów.

Historia osiemnasta (06.06.04) - od Elżbiety : CONNY

Witam, Jestem opiekunką charta afgańskiego adoptowanego ze schroniska "Na Paluchu" w Warszawie.
W październiku ubiegłego roku odeszła moja sunia Queenie, także chart afgański. Marzyłam o kolejnym już dorosłym afganie i właśnie znalazłam go w internecie w Klubie charta.
15 maja br. trafił do mojego domku. Nazwałam go Conny. Niestety miał zapalenie uszu z ropnym wyciekiem i kaszel kenelowy. Podejrzewano go o nosówkę. Był nieprawdopodobnie zabiedzony, obcięty zupełnie na krótko i ledwie chodził. Nasz weterynarz powiedział, że tylko pasjonat mógł się zdecydować na takiego psa.

Jestem szalenie wdzięczna Pani Dyrektor schroniska za  okazaną mi pomoc. Jej też bardzo zależało, aby ten pies znalazł dobry  dom i kochającego opiekuna.

W schronisku stwierdzono, że ma 6 lat. Niestety nasza Pani weterynarz oceniła go na 9-10 lat. Myślę, że się nie myliła, bo moja sunia Queenie odeszła mając 9 lat i nie miała takiej siwej mordki i siwych wąsów.
Poza tym Conny ma problemy z chodzeniem po schodach i wchodzeniem na fotel, czy kanapę. Nigdy nie wskakuje, tylko gramoli się. Mieszkamy na I piętrze. Conny jeszcze nigdy nie wbiegł po schodach, zawsze wchodzi powoli odpoczywając na półpiętrach.

Jest bardzo pogodnym psem. Bardzo przyjacielsko nastawionym do ludzi, psów małych i dużych. Początkowo spacery bardzo go męczyły. Po przejściu 200 m już nie miał siły. Teraz chodzimy na spacery do parku. Chce się bawić z każdym psem i zaczyna wyć, gdy któryś pies nie ma ochoty na zabawę. Niestety bardzo ciągnie, zupełnie nie umie chodzić na smyczy. Po spacerze mam ręce dłuższe o kilkanaście centymetrów.

Myślę, że w poprzednim domu był kochany. Nie wiem co się stało, że stracił dom. Prawdopodobnie w domu pojawiły się małe dzieci, bo na początku bardzo reagował na widok wózków z dziećmi i dzieci na rowerkach. Może dziecko miało alergię, może jak zaczęły się kłopoty z uszami i z sierścią, to wyrzucono go z domu. Conny to pies rodowodowy, bo ma słabo czytelny tatuaż w lewym uchu.

Conny niestety nadal choruje. Raz jest lepiej, raz gorzej.
Wyleczyłam już prawe ucho, ale z lewym są jeszcze problemy. Zrobiłam mu badania krwi. Niestety nie wyszły najlepiej. Ma bardzo mało leukocytów i w związku z tym bardzo wyniszczony organizm. Próby wątrobowe też są złe. Podaję mu leki na podniesienie odporności i regenerujące wątrobę. Ma też arytmię serca. Jest coraz lepiej, ale wymaga ciągłej pracy.
Przez pierwsze 7 tygodni karmiłam go strzykawką lub wkładałam jedzenie do pyska. Na widok jedzenia zaczynał wyć. Teraz je sam, ale bardzo mało. Już widać znaczną poprawę jego zdrowia.
Powoli odrasta mu sierść. Poprawiła się też jego sylwetka.

Ja mówię do niego Gapcio, bo jest bardzo powolny i często bezradny. Przeciwieństwo mojego poprzedniego charta. Lubi się też nad sobą poużalać i jest szczęśliwy, gdy go tulę i głaskam.

Conny lubi wszystkie zabiegi pielęgnacyjne, nawet zmiany opatrunków, niestety nie znosi szczotkowania. Natychmiast zaczyna wyć i kręcić się.

Tak bardzo się cieszę, że go mam, że mogę się nim opiekować. Po śmieci Queenie bardzo brakowało mi miękkiego futerka i spacerów. Teraz wszystko wróciło do normy. Jestem taka szczęśliwa, że jest mój. Ciągle w moich oczach pojawiają się łzy radości.

Serdecznie pozdrawiam.
6 września 2004

Nasz komentarz:
Istnieją kudzie, którzy ratują życie psom niechcianym. Nie bacząc na kłopoty i wydatki. To są ludzie wielkiego serca, którzy po pożegnaniu swojego przyjaciela - właśnie z potrzeby serca - zapewniają pogodny schyłek życia schroniskowym weteranom.
I nie zawsze są to psy rasowe i tak piękne jak Conny.
Rozumiem Elżbietę, że pożegnawszy afgankę dała dom drugiemu afganowi. Zawsze szukamy następcy choć troszkę podobnego.
Ostatnio z naszego krakowskiego schroniska wyszły do własnych domów cztery mieszańce, stare, chore lub kalekie.
Zobacz link "Znalazły dom".
Larry Dickson napisał o zwierzetach:
" ..... uważają nas prawie za bogów i spodziewają sie, że zmienimy wszystko na dobre.
Kiedy nie można jednak nic zrobić świadomość, że zdradza się ich wiarę jest straszna"

Ale przecież zawsze można coś zrobić .......

Agata


Historia siedemnasta (04.07.04) - od Małgrzaty : SONIA

Mieszkam w dużej wsi, z ładnym ryneczkiem i przystankiem PKS. Pewnego dnia, jakoś tak w listopadzie zobaczyłam ładną, ale wychudzoną sukę. Siedziała koło sklepu i patrzyła na ludzi. Nikt na nią nie zwracał uwagi, przecież wiele jest bezdomnych psów na wsi. Urzekły mnie jej śliczne oczy i wydłużony jak u charta pysk.

Biłam się z myślami, jak pomóc psu, przecież mam 3 suki, kota i to całe towarzystwo jest z ulicy. Pomyślałam, że jeżeli "nie widzę problemu, to on zniknie" i przez pewien czas nie rozglądałam się po ulicach, by jej broń Boże nie zobaczyć. Pies rzeczywiście zniknął na tydzień, ktoś go wziął.

Aż któregoś dnia, patrzę , siedzi sunia i żebrze wzrokiem u przechodzących ludzi. Brudna, głodna, z wyraźnie zaokrąglonym brzuszkiem..... Od spania na chodniku, na lodzie, porobiły się jej już ranki na pośladkach, a co będzie jeżeli się oszczeni na przystanku, ktoś zabije dzieci lub zamarzną?

Wzięłam smycz, obrożę i razem z moją 7-letnią córką przywlekłyśmy Sonię do domu. Opierała się 4 łapami.
Zamieszkała w budzie za domem, mając do dyspozycji olbrzymi ogród. Moje suki nie zaczepiały jej, ale i nie lubiły. Urodziły się szczeniaki, odchowaliśmy je i oddaliśmy w dobre ręce. Sońki nikt nie chciał, chociaż szukałam jej nowego domu. Przecież do mnie wciąż trafiają zwierzęta w potrzebie...

Jest czerwiec, Sonia jest u nas i nie oddam jej już ngdy. Sliczna, dropiata, odkarmiona, wdzięczna i baaaaardzo kochana. No cóż, jak się jeszcze coś przybłąka, wtedy będę się martwic....

Historia szesnasta (28.04.04) - od Małgosi Nowak lat 20 : GRABIK

Pewnego dnia, gdy wracałam do domu od przystanku Grabik po prostu przyczepił się do mnie.

To było dziwne, bo był jedynym psem w okolicy, który mnie nie gonił i nie chciał mi nic odgryźć. No i tak sobie szliśmy i romawialiśmy (to był monolog), w końcu trzeba było się rozstać, zostawiłam Grabka za bramą, ale skubaniec już się od mojej bramy nie odkleił. Został zaproszony do środka i jest "w środku" do dziś.

Grabika najpawdopodobniej ktoś wyrzucił z samochodu i odjechał. Z wywiadu z mieszkańcami okolicznych miejscowości wynikało, że błąka sie po wsiach już od paru tygodni. Pies gdziekolwiek idzie - zagląda na podwórko każdej posesji - szuka domu.

Piesek jest już dorosły, nie było wiadomo nawet jak ma na imię, jest nie tresowany, tak więc nie jest nam łatwo. Powoli się go uczymy, powoli przyzwyczajamy do siebie i on do nas. Czasem jeden gwałtowny ruch i pies ucieka lub płaszczy się przy ziemi - to skutek niemiłych przejść z przeszłości. Ma nawyk skakania na ludzi - robi to z dobrej woli, ale bardzo brudzi, i potrafi szczekać całą noc wraz z innymi psami.



Wszystko jednak na dobrej drodze. Grabik nauczył się już bawić piłeczką tenisową co uwielbia (ja też), uczę go też zabawy w chowanego - umie już rozpoznawać mieszkańców domu po zapachu! (ja niestety nie). Jednego Grabuś może być pewny - z naszego domu nikt go nigdy nie wyrzuci.

Historia piętnasta (25.01.04) - od Uli i Ani : AZA



     Od zawsze chciałyśmy mieć psa ale zawsze coś nam stawało na drodze (najczęściej rodzice). Nagle dnia 5 listopada 2003 kiedy moja siostra już ponad miesiąc była wolontariuszka w Azylu mama oświadczyła , ze nasze marzenie się spełni. I tak oto w naszym domu pojawiła się Azalia.
W skrócie nazywamy ją Aza a to wszystko przez panią z jamniczkiem dzięki , której dowiedzieliśmy się jak nasza sunia ma na prawdę na imię. Było z nią mnóstwo kłopotów zresztą nadal jest. Pocieszamy się tym ze nigdy nie jest tak źle żeby nie mogło być gorzej. Jest strasznym żarłokiem, teraz wiemy ze trzeba ja było nazwać Odkurzacz.
Zaraz po przyjeździe do domu zaczęła nam chorować wiec popełniłyśmy największy bład jaki człowiek może zrobić... Zaprosiłyśmy ja do spania w naszych łóżkach. Teraz już tak zostało. I w nocy bez zbędnych uprzedzeń Aza spycha nas łapami z naszych własnych łóżek.

Poza tym jest zwierzęciem wyjątkowo towarzyskim (aż za bardzo) ubóstwia oglądać telenowele z nasza mama, wyjatkowo skurpulatnie odkurza okruszki z ciasteczek przy lozku (zaraz po tym jak je zje mimo tego ze nie sa dla niej ale czy takim oczkom mozna czegos od mówić? ) i jest istnym promyczkiem w naszym domu.
Największe wypady spacerowe odbywają się w weekendy , i wtedy podbojom naszej suni podlegają: Błonia, Kopiec Kościuszki, Dolina w Jerzmanowicach i nasza działka. Tam zaczyna się istne szaleństwo: skakanie, szczekanie , bieganie , kopanie , warczenie i w ostateczności bieganie za wszystkim co da się rzucić...

  Jak widać Azalia zwana również Aza , Zaraza i Zazuna (oraz wszelkie skrótu mojej mamy typu Protaza , Baza itd.) stała się nie odłącznym członkiem naszej rodziny nawet nasz nie do końca przekonany tatuś po wizycie u rodziny gdzie jest roczny lablador (Vigor) uznał że nasza sunia jest najcudowniejsza na świecie...  

Nowa rodzinka z Krakowa

Historia czternasta (14.12.03) - od Ani : VERUS

25 listopada minęły 3 lata odkąd mam pieska z azylu przy ulicy Rybnej...

Cała historia zaczęła się gdy w szkole zorganizowano akcję pomocy dla zwierząt z azylu. Zbieraliśmy makulaturę, a zebrane pieniądze oraz ciepłe koce i karmę dostarczyliśmy do azylu.
Gdy tam weszłam i zobaczyłam te wszystkie biedne zwierzęta nie mogłam uwierzyć jak ludzie mogą być tak bez serca... było tam wiele niczemu niewinnych małych istototek.
Gdy wróciłam do domu cała zapłakana, mama stwierdziła, że na drugi dzień pojedziemy i weźmiemy sobie jakiegoś pieska!
Jak tylko weszłam do azylu po raz drugi - nie wyobrażałam sobie jak wybrać tylko jednego spośród tych wielu psów...
Ale Norbert (tak miał na imię w azylu) sam nas wybrał... skakał na kraty... szczekał... patrzył tymi swoimi cierpiacymi oczkami...

Stwierdziłyśmy, że opowiedział nam całą historię swojego życia i prosił aby go wziąć .... tak więc się stało...
Spełniło się moje marzenie... zawsze chciałam mieć psa być jego opiekunką, a on oddanym mi przyjacielem.
Norbert zmienił imię na Verus co po łacinie oznacza - prawdziwy! :-)
I rzeczywiście jest prawdziwym szalonym przyjacielem...
Jest wulkanem energii , gdy zabieraliśmy go z azylu określono jego wiek na 4-5 lat, a jemu nadal tylko zabawa w głowie i tak powinno zostać :-)

Teraz, gdy już minęły 3 lata, nie wyobrażam sobie domu bez niego... fakt faktem bywa czasem złośliwy, ale jest wyszkolonym cwaniakiem więc nie sposób na niego długo się gniewać!
Nigdy nie dowiem się jakie przeżycia spowodowały, że tak agresywnie reaguje na dźwięk domofonu lub dzwonek do drzwi i pozostanie to jego tajemnicą - jakie ma nieprzyjemne wspomnienia z tym związane.

Historia trzynasta (szczęśliwa!) (04.12.03) - od Elżbiety : TUREK

Zdjęcie Turka ze schroniska (06.04.2003)

4 miesiące temu odszedł nasz wspaniały,ukochany pies. Miał 12 lat. Był duży. A jeszcze większy był problem co z nim zrobić. Z pomocą przyszedł wypróbowany w wielu bojach lekarz weterynarii. Znalazł dla Gaspara spokojne miejsce w którym można było go bezpiecznie pochować. Sytuacja powtórzyła się 6 tygodni temu gdy odeszła 11 letnia kotka. Rutka zamieszkała z Gasparem na chmurce w podniebnym Zwierzątkowie. Przez całe wspólne życie bardzo się kochali.Byli razem "od urodzenia".
Gdyby było grzebowisko dla zwierząt nie mielibyśmy problemów. Nie rozumiem aż takiej zaściankowości i dulszczyzny. Jak można przyjaciołom odmawiać miejsca spoczynku.
Bardzo za nimi tęsknimy, chociaż w domu jest jeszcze sunia, którą mąż uratował 6 lat temu z łap oprawcy i dwie kocie znajdy. Wspaniałe.

Po odejściu Gaspara nie ulegało wątpliwości, że w domu musi być znowu pies. Szczęśliwym zrządzeniem losu spotkałam wspaniałego człowieka. Wolontariusz, pan Marek W. pomógł mi wybrać w schronisku psiątko. I tak 29 sierpnia zamieszkał z nami Turek.
Przekochany połamaniec. Ledwo chodził, ale był bardzo silny. Potrafił zdrowo pociągnąć. Teraz zawładnął wszystkimi. Nami i zwierzętami. Mówimy że Turek był ratowany specjalnie dla nas. W schronisku był chyba 3 lata, tak długo na nas czekał. Ale się doczekał.
A my.........mamy trzeciego kota. Tym razem na punkcie Turka.

Historia dwunasta (23.11.03) - od Ani : BUSTER i KATIA

  Katia została wzięta 13 lipca 1999 roku z schroniska w Krakowie, jako 3 letnia sunia. Jest po przebytej nosowce, uratował ją schroniskowy weterynarz o dobrym sercu, Była zabiedzona, z powygryzanymi dziurami na grzbiecie, ale dalej bardzo ufała ludziom i panicznie bala się samotności
. Powrót do normalności był trudny, ale udało się, jest teraz cieszącym się z życia psiakiem, zawsze skorym do zabaw i psot. Zostało jej tylko jeszcze namacalne wspomnienie, drgania nerwowe, objawia się to tym ,że jak rozluźni mięśnie to np łapka zaczyna jej drgać, zęby zgrzytac, pewnie jej to dokucza. Przypuszczamy, że to uszkodzenie nerwow spowodowane biciem albo wypadkiem samochodowym.
Staramy się jej wynagrodzić ciężkie chwile jej psiego życia.

    Buster (dla przyjaciół Plaster) jest bardzo kochanym psiakiem, można powiedzieć wulkanem energii i miłości, ciągle chce się bawić i przytulać.
Ze schroniska z Rybnej wzięty w Maju 2003, jest mieszańcem labradora. W momencie wyjścia ze schroniska szacowano, że ma około 7 miesięcy. Jest jeszcze bardzo lękliwy chociaż powoli zaczyna wierzyć w to, że mu się uda i będzie miał już do końca swój własny prywatny kąt i przytulanie kiedy tylko chce.
Jest bardzo pogodnym psem. Na szczęście dla niego, bez jakis trwałych urazów fizycznych i mam nadzieję psychicznych, wczoraj pierwszy raz zaszczekał gdy ktoś pukał do drzwi. Jest bardzo pogodnym psem.



    Świetnie się dogadały, Katia jako starsza pokazuje maluchowi swoje psie sztuczki i uczy go kombinować i wyłudzać łakocie.
Ciężkie życie z nimi.
Trochę się baliśmy jak się dogadają ale nie było z tym problemu, może opowiedziały sobie o przykrych przeżyciach??



Historia jedenasta (20.11.03) - od Karoliny : SZARIK, BAJPUS I IRIA

Mieszkam w mieście Bełchatowie, w domku jednorodzinnym, bardzo kocham zwierzęta i mam trzy psy: Szarika Bajpusa i Irię.

Dwa pierwsze zaadoptowałam ze schroniska. Mają już teraz po 5 lat. Pierwszego pieska, Szarika, wzięłam gdy miał 2 miesiące, to owczarek niemiecki, który został podrzucony do schroniska razem ze swoim bratem. Drugiego z nich wzięłam ze schroniska w 2 tygodnie po pierwszym. Właśnie tego braciszka Szarikowego.
Bo po zabraniu Szarika ze schroniska jeździłam tam nadal (i jeżdżę do tej pory!) i bardzo mi było żal tego szczeniaczka. Nie miał już przecież nikogo!
Moi Rodzice też lubią zwierzęta, a ponieważ widzieli jak mi żal Bajpusa postanowili też go zabrać.

Trzeci piesek to Iria, jest tak samo duża jak Szarik i Bajpus, bo to husky. Nie była wzięta ze schroniska tylko, gdy Szarik i Bajpus mieli po 3 i pól roku, ktoś podrzucił nam nam szczeniaczka pod drzwi.
Bardzo chciałam żeby u nas została ale Rodzice nie chcieli jej zatrzymać, chcieli ją wydać mojej Babci albo koleżance mojej Mamy.
Iria została u nas dzięki moim urodzinom, które właśnie wtedy się zbliżały. Ponieważ Rodzice nie chcieli zatrzymać psa, przestałam się do nich odzywać i przestałam jeść. W dzień moich urodzin oznajmili, że jadą wydać psa i wrócą za pół godziny. A moje przyjęcie urodzinowe miało się odbyć za 3 godziny. Płakałam cały czas bo Rodzice wrócili bez psa. Nie cieszyło mnie przyjęcie urodzinowe.
Gdy już wszyscy goście urodzinowi przyszli i zaczęli wręczać mi prezenty, mój Tata wyszedł do garażu a jak wrócił ...... niósł psa. To był ten piesek spod drzwi, ale teraz miał czerwona obrożę z czerwoną kokardką i siedział sobie w swoim nowiutkim koszyczku.
To był najpiękniejszy prezent jaki kiedykolwiek dostałam i oczywiście najlepsze urodziny.

Kocham moje psy

Chciałam Wam jeszcze tylko powiedzieć: nie bierzcie ze schroniska tylko szczeniaków. Każdy pies będzie kochany i wierny, ale te stare tracą powoli nadzieję na własny dom. Pomóżcie im, proszę Was ........

Historia dziesiąta (08.11.03) - od Kamy : KAJA

    24 listopada miną 3 miesiące odkąd Kaja jest ze mną. Decydując się na psa, uznałam, że najlepiej będzie dać dom jakiemuś azylowemu biedakowi. Nie miałam żadnych wymagań - miał to być kundelek, suczka (bo u moich rodziców jest już 13-letnia sunia. a ja często tam bywam), niezbyt duża (mieszkam w bloku, a na dodatek sporo jeżdżę). Nawet trudno rzec, że dokonałam wyboru w schronisku - przeszłam koło 2 klatek (ze łzami w oczach) i miła dziewczyna na mój skrót powyższych wymagań stwierdziła: "Chyba mamy właśnie taką". Ponieważ sunia nie dała się złapać (była trzęsącą się ze strachu kulką), poproszono o pomoc pana, któremu udało się tego dokonać. Wziełam małą na ręce - nie zdołałam się jej nawet przyjrzeć - czułam jak dygocze ze strachu i ... już była moja.

Właściwie mogę śmiało powiedzieć, że problemów "poazylowych" było niewiele. Głównie zdrowotne - kłopoty z biegunką oraz przewlekłe zapalenie spojówek.
Inne problemy (a liczyłam się z różnymi komplikacjami typu - izolacja, nieufność zwierzaka, brak akceptacji nowego miejsca, kłopoty z wychodzeniem na spacery, jazdą windą, samochodem itp.), były chwilowe i drobne. Na pierwszym spacerze położyła się na trawie i nie chciała się ruszyć, a o załatwieniu się nie było mowy. Chodziła - a właściwie czołgała się (jakby z góry przepraszała za wszystko)- początkowo z ogonkiem skulonym pod brzuszkiem. Bardzo bała się ludzi, łapała każdy śmieć na spacerze i usiłowała go jeść (bez względu na to, co to było), na zawołanie reagowała strachem. Przez dwa miesiące nie zaszczekała ani razu - myślałam, że może już szczekać nie będzie.

Natomiast mnie bardzo szybko zaakceptowała, okazując gorąco swoje uczucia. Powoli przestała jeść jedzenie, jakby za chwilę miano jej je zabrać. Po domu i na spacerze chodzi już pewnie, nie boi się nawet zaczepiać innych psów (na wszelki wypadek jednocześnie chroniąc się za mną!), zaakceptowała mój drugi dom i drugą sunię. Odzyskała humor - zdarzają się jej szaleńcze biegi i gwałtowne okazywanie uczucia. No i od miesiąca - szczeka! I to donośnie. Jest cierpliwa wobec mojego trybu życia, w każdym miejscu potrafi wdrapać mi się na kolana i zasnąć. A ja, no cóż nie ma co ukrywać, zostałam zupełnie przez nią podbita!
I tylko obrazów z wizyty w azylu nie mogę zapomieć. I żal, że więcej zwierzaków wziąć nie mogę...

Historia dziewiąta (03.11.03) - od Lidzi : SCOT

   na zdjęciach pozuje Scot, piesek którego wzięlismy ze schroniska w sierpniu tego roku, po tym jak odszedł na zawsze nasz ukochany Czaruś, ktory był z nami 13 lat.
Po przyjeździe do schroniska nikt nie wiedział jakiego psa chcemy wziąć: czy ma być mały czy duży, starszy czy młodszy, piesek czy suczka? Każdy miał swój typ i nie chciał ustąpić drugiemu.
Aż w końcu nasza Mama wypatrzyla trzy szczeniaczki wtulone w kąt boksu i w swoją mamę, no i wtedy już musieliśmy ustąpić ...... bo z Mamą nikt nie wygra. Ktoś z obsługi wyniósł puchatą kuleczkę, jedno wielkie nieszczęście, zabiedzone i zapchlone.
Tak trafił do nas Scot, teraz ma 4 miesiące i w niczym nie przypomina psa ze schroniska, jest wesoły, bardzo urósł i zjadł już większość sprzętów w naszym mieszkaniu :-))
Ale "mega" go kochamy i gorąco namawiamy ażeby brać pieski ze schroniska, bo to wspaniałe uczucie patrzeć jak się zmieniają i jakimi są wspaniałymi przyjaciółmi

    


Historia ósma (10.10.03) - od Wektora : WEKTOR

Schronisko na Rybnej opuściłem 1 marca 2002, miałem wtedy około 2 miesiące i nazywałem się Liliank (skąd takie imię?). Teraz nazywam się Wektor - pozdrawiam i wysyłam swoje zdjęcia (za pomocą oczywiście mojej pani, która również pozdrawia). Mieszkamy teraz w Krościenku n.D.

Moi państwo przyjechali po mnie specjalnie do Krakowa! Z małej czarnej kuleczki wyrosłem na dużego kawalera. W lipcu byliśmy u weterynarza do szczepienia i wtedy ważyłem 33kg i miałem 64 cm wzrostu.
Mieszkamy w domku jednorodzinnym z dużym ogrodem i z dużym tarasem. Mamy dwa koty - 5-cio letnią kociczkę Mańkę, którą pani szczepi i pewnie dlatego nie ma takich małych plączących się pod łapami i 5,5 letniego kocura Felka, któremu pani zrobiła jakąś operację i też nie może mieć dzieci.
Na dzień, kiedy państwo idą do pracy zostaję w mieszkaniu z kotami ale mamy stale otwarte drzwi na duży taras a ja tam mam swoje dzienne łóżeczko i duuużo zabawek.
Kotki chodzą sobie po dachu i po jabłonce, ja też próbowałem, ale na jabłonkę bałem się skoczyć, wróciłem więc z dachu do domu i już więcej nie próbuję. Zresztą teraz tak urosłem, że nie wcisnę się między poprzeczki.
W dzień, jak państwo wrócą z pracy chodzimy na spacerki lub biegam za piłeczką przy domu. Pani skarży się na mnie, bo ją budzę o 6 rano i podobno WYMUSZAM spacerek. Ale przecież rano MUSZĘ! Wieczorem też spacerujemy i zawsze z nami chodzi kotek Felek.
Moja pani nosi w kieszeni dużo woreczków i sprząta po mnie. Na spacerze chodzę na smyczce, bo pani powiedziała, że tak trzeba. Podobno jestem duży i ktoś na ulicy może się mnie bać! Wieczorem próbuję spać w łóżku, ale kiedy jeszcze ktoś jest w łóżku jest ciasno a ja lubię zasypiać sam. Idę więc na swoje łóżeczko, obok tapczanu pani. Jak mocno zaśnie to się już nie wierci i mogę spokojnie wejść do niej na kocyk i przytulić się do jej nóg.

Mam tutaj w sąsiedztwie kilka koleżanek, z którymi się bawię i kilku starszych kolegów, którzy na mnie szczekają. Mam wspaniały węch - potrafię w największych krzakach wyszukać kotka, którego chcę przepędzić( po co obce koty mi się tutaj plączą!). Potrafię siadać, leżeć i podawać łapę, chodzić przy nodze (a kiedy po schodach schodzimy na spacerek, wtedy, jeżeli wyprzedzę panią i każe mi wracać, potrafię zrobić to nawet tyłem!) Pani mówi, że mam charakterek i że ma nadzieję, że z tego wyrosnę!
Serdecznie pozdrawiam Panią, wszystkich opiekunów i pieski i kotki ze schroniska
Wektor

Historia siódma (9.10.03) - od Aśki : FOXA

DżekiNaszym pierwszym czworonogiem był i jest Dżeki (mały rudy kundelek). Mama przyniosła go do domu w pudełku po butach jako szczeniaka wyglądającego jak świnka morska. Nie był on wzięty ze schroniska, ale właściciel chciał oddać szczenięta no, a jeden trafił do nas. Dżekiego chowamy od 10 lat, przez pierwsze 4 lata były z nim same problemy, bo niszczył w domu wszystko, kiedy zostawał sam.
Na szczęście przeżyliśmy te 4 lata udręki. Teraz jest kochanym pieskiem. Chociaż jest agresywny w stosunku do innych psów szczególnie większych.

Nie mieliśmy w planie chowania drugiego psa, aż do dnia, w którym mama przyniosła gazetę. Był to Dziennik Polski, w którym napisano, "Anna Baranowska martwi się jednak o los niewidomej terierki ...... Jest taka spokojna, taka cierpliwa"
Nie wiemy z mamą, dlaczego, ale to nas urzekło. Zrobiło nam się jej żal, pomyślałyśmy "biedne stworzenie". Pozostawał jednak problem, jak załatwić to z resztą rodziny?
Siostra nie miała nic przeciwko, ale znając tatę na pewno by się nie zgodził. Nie pozostało nam nic innego jak zorganizować mały szantaż, a ponieważ mój tata hoduje rybki to mama obiecała mu, że jak się zgodzi to pozwoli mu postawić jeszcze jedno akwarium w pokoju.
Foxa na aukcji, z której wróciła do schroniskaPo długiej namowie wymyśliłam, że skoro są wszyscy na TAK to chciałam koniecznie pojechać do schroniska i ją zobaczyć. Pani w schronisku była bardzo zajęta więc Foxe widzieliśmy tylko przez 2 minuty.

Na decyzje o jej zabraniu nie musieliśmy czekać, bo już drugiego dnia pojechaliśmy zabrać naszą przyszłą sunię ze schroniska.
Kiedy pracownik azylu otworzył klatkę gdzie znajdowała się Foxa i wziął ją na smycz od razu zaczęła nas obwąchiwać i machać swoim małym ogonkiem. Później udaliśmy się do pani weterynarz, a stamtąd do pana, który w tym czasie wydawał zwierzęta. Po załatwieniu formalności związanych z Foxsią wkońcu mogliśmy odjechać do domu z nowym członkiem rodziny.

Na początku było ciężko. Nie wiedząc, że sunia ma cieczkę mieliśmy problemy, bo nasz piesek chciał być z nią ( jak to piesek). Foxa była przestraszona, gryzła go ze strachu. Później było coraz gorzej. Byliśmy załamani psy wyły, musieliśmy je oddzielać.
Podjęliśmy walkę o to by Foxa nie musiała wracać tam skąd przyszła. Telefonowaliśmy wszędzie gdzie było to możliwe do KTOZ-u do Pani Baranowskiej , do schroniska do Pani weterynarz. Tam poradzili nam byśmy przyjechali na blokadę, na którą pojechaliśmy dwa dni po zabraniu Foxsi.
Teraz jest już wszystko wporządku, przetrwaliśmy ciężkie dni, ale opłacało się. Foxa jest teraz grzecznym szczęśliwym pieskiem. Ustępuje miejsca Dżekiemu, na spacerach, chociaż jest niewidoma bawi się patykami, chwyta smyczkę, szczeka tylko, kiedy wrócimy z dłuższej wycieczki, cieszy się, kiedy wysiada z samochodu,że jest już w domu.

Została porzucona na parkingu. Właściciele byli tak dobroduszni, że zostawili Foxsi nawet kość. Była sama, niewidoma, w obcym miejscu bez nikogo, kto by mógł jej pomóc w razie potrzeby. Teraz się już nie boi, UFA NAM.

Zachęcam zabierajcie zwierzaczki ze schroniska, one odpłacą wam się swoją miłością wiem, co mówię.


        
Foxa i Dżeki luty 2004 (poznajecie kanapę na której kiedyś niepodzielnie królował Dżeki?)


Historia szósta (29.09.03) - od Ani : IGA, SARA i DORA

--IGA-- Gdy nasza poprzednia suka Iga zaczęła poważnie chorować, zaczęłam się wraz z mężem i córką zastanawiać, czy zdecydujemy się na kolejnego psa.

Nie bardzo chciałam na to przystać, ze względu na notorycznie zrzucaną sierść psa, ciagły problem, kto miałby z nim wyjść na spacer, kto go będzie prowadził na spacerach rodzinnych, co zrobimy w czasie wakacji.

Ustaliliśmy z mężem, że w miesiąc od śmierci Igi , zaczniemy się zastanawiać, czy chcemy psa? Igę musieliśmy uśpić przez wzgląd na jej cierpienie. W domu było pusto. Brakowało nam "czegoś". Umarło ważne dla nas, bezbronne stworzonko.

Wbrew wcześniejszym ustaleniom, następnego dnia, rano pojechaliśmy razem w trójkę do azylu w poszukiwaniu suki. Nie mieliśmy żadnej koncepcji, który pies mógłby zamieszkać z nami. Chcieliśmy małą, krótkowłosą suczkę. Baliśmy się, że możemy nie wziąć żadnego psa, a jednak się udało!

--SARA-- Wśród szczekających i szalejących psów znaleźliśmy małą, skuloną, przerażoną, zziębniętą suczkę. Od razu postanowiliśmy ją zabrać.
Nazwaliśmy ją Sara. Jest niewielkiego wzrostu, czarna, z białą krawatką, bez ogona. Przez pierwszych kilkanaście dni poznawaliśmy się wzajemnie. Miłość, czułość i ciepło, które jej dawaliśmy zostały wreszcie wynagrodzone zaufaniem i akceptacją.

Jest ukochana i prawie na wszystko jej pozwalamy. Jest rozpieszczona. Chcemy jej wynagrodzić te kilka poprzednich lat spędzonych w azylu.

--DORA-- Kiedy Sara była już zadomowionym członkiem naszej rodziny, przeczytałam na stronie Podgórza, że w Parku Bednarskiego odbędzie się aukcja psów z azylu.
Postanowiliśmy z rodziną, że pójdziemy i zobaczymy biedne psiaki. Było ich kilka, ale najbardziej spodobała się nam mała suczka o imieniu Dosia. Długo przekonywałam mojego męża, że jeszcze jeden pies w domu to nie tak duży problem.

Dora idzie z aukcji do domuDosia była smutna i bardzo spokojna. Na pierwszy rzut oka nie była młodym psiakiem.Nam to nie przeszkadzało. Weterynarz stwierdził, że ma około 3 lat, do tego ma dwa guzy, które trzeba usunąć. Ale to też nie był to żaden problem.

Po naradach wzięliśmy ją do domu. Widzieliśmy, jaka była z tego zadowolona i szczęśliwa. Nadaliśmy jej imię Dora. Pomalutku przyzwyczajała się . Z Sarą nie wchodziły sobie w drogę. Ale z dnia na dzień sytuacja zmieniała sie, Dora bardziej pewna siebie, też chciała stać się ważnym domownikiem. Robiła dokładnie to samo co Sara: tarzała się po łóżku rano w pościeli, ciesząc się, że ma dom i ciepło. Przychodziła na pieszczoty, tak jak Sara.

Ta sielanka nie trwała jednak długo. Sara stała się bardzo nerwowa, jedzenie szybko połykała, bojąc się, że zje jej Dora. Sara pomimo, że otrzymywała dużo miłości, była ogromnie zazdrosna. Baliśmy się , że popadnie w nerwicę - była nie do poznania. Zdarzało sie, że się gryzły, a zdarzało się to coraz częściej. Sytuacja psów zaczęła być coraz gorsza i niestety zaczęliśmy myśleć o oddaniu Dory w bardzo dobre ręce - mojej teściowej, która również bardzo kocha zwierzaki.

Dora i Sara na spacerzeDecyzja nie była prosta i doskonale wiedzieliśmy, że będzie ona trudna dla Dory. Ale niestety stało się - oddaliśmy ją. Dora ma już nowego właściciela - ale teraz już na zawsze. Znowu musiała się przyzwyczajać, na nowo. Teraz jest już szczęśliwa, bo ma ciepło i miłość.
Bardzo przeżywamy rozstanie z Dorą. Była to trudna decyzja. Ale najważniejsze, ze ma kochający dom.

Zabierajcie psiaki z azylu. Potrafią się odwdzięczyć za miłość-wiernością i codzeinnymi merdnięciami ogona. Są przecież najlepszymi przyjaciółmi ludzi. Idźcie do azylu i zobaczcie te biedne psiaki, ich smutne ich oczy, czekające na tego wymarzonego pana i ciepły dom do końca swoich dni.

Historia piąta (13.09.03)- od Maksymiliana : KOLA (Beksa)

Witam serdecznie Wszystkich ludzi dobrego serca. Kilka tygodni temu wziąłem ze schroniska suczke. To była spontaniczna decyzja, wieczorem znalazłem stronkę w internecie, a na drugi dzień byłem w schronisku w Krakowie.
Aż serce żal ściska jak się widzi takie biedne zwierzaki bez domu !!! Wielka szkoda, że tak muszą cierpieć. Miałem zanotowane trzy pieski na kartce, imiona i boksy gdzie mieszkały. Jednego już dawno nie było w schronisku- szcześciarz :)
Drugi piesek- piękna suczka Beza..... Jak zobaczyłem ją na stronie chciałem ją koniecznie zabrać ze sobą tym bardziej, że jest tam już od prawie pięciu lat, zgroza, taki ładny piesek ! A nieszczeście miała chore ucho, wystraszyłem się, mój jeden pies też tak chorował i nagle już go nie było :( Patrzę od czasu do czasu na stronę schroniska i z wielkim bólem serca myślę sobie- eh... Mogłem zaryzykować i zabrać Bezę miałaby dobry dom....
Wziąłem suczkę około dwuletnią, która mieszkała w schronisku prawie rok. Nazywała się BEKSA, cicha, skromna, bojąca się wszystkiego suczka. Na początku było trudno mnie i pewnie pieskowi w moim domu, wszystkiego się bała, chowała się pod stołem, bała się jeść, ale...
W tym momencie jest już wesoła, zwłaszcza gdy mnie widzi, gdy ją wyprowadzam na spacer, podskakuje, cieszy się ogromnie. Jest u mnie w domu około 7 tygodni ale jeszcze ani razu nie szczekła :) dziwne prawda? Na ulicy boi się jeszcze ludzi, z czasem może się to poprawi.

Kola już w domu. Zobaczcie jak dumnie spoziera. I ten wspaniale uśmiechnięty pyszczek po prawej!

Beksa na sesji fotograficznej, jeszcze w schronisku. Widać cały smutek świata w oczach i pyszczku!


Posyłam zdjęcia mojego pieska, ma na imię teraz KOLA, ze względu na piękne brązowe oczka jakie ma i tego jej smutnego wzroku, aż z nóg zwala jak się miłosiernie patrzy na domowników, pewnie biedulkę musiało ciś przykrego spotkać w jej psim życiu. Serdecznie wszystkich pozdrawiam.
Apeluję do ludzi dobrego serca, żeby zabierali ze sobą pieski i koty ze schroniska, żeby dawali zwierzakom szanse na dobre i godne dla zwierzaków życie, one napewno się odwdzięczą w stokrotny sposób, tak jak moja KOLA to robi każdego dnia !!!!

Historia czwarta (10.09.03)- od Karoliny : BAJKA

Chciałam opowiedzieć o pierwszej nocy w moim domu małej czarnej suczki, która u was nazywała się Lola, a teraz ma na imię Bajka.
Bajkę wzięłam ze schroniska wczoraj, a marzyłam o niej odkąd pamiętam. Teraz, gdy kończę 20 lat i mieszkam już sama, mogłam sobie pozwolić na pieska.
Pierwsza noc była ciężka dla nas obu, Bajka płakała i chciała koniecznie ze mną spać, a o czwartej rano zachciało jej się karmy dla szczeniaków kórą chrupała wydając odgłosy stada wilkow. Jest jeszcze psim dzieckiem, ma 8 tygodni, ale jest bardzo delikatna. Myślę że czeka nas wspaniałych parę lat razem...........
Nigdy w życiu nie oddałabym żadnego pieska do schroniska. Chciałabym - na ile tylko pozwolą moje studenckie oszczędności- pomagać tym psom, które zostały w azylu.
Dziekuję Wam za moją Bajeczkę.
A po prawej Bajka która ma już 6 miesięcy, waży 12 kilo i będzie prawie czarnym labradorem!

Historia trzecia (21.08.03)- od Urszuli : Misiek

W pierwszych dniach kwietnia odszedł od nas 10-letni doberman - miał białaczkę. Był piątek - musieliśmy go uśpić - rozpacz straszna, dom pusty a przed nami samotny weekend!

Pojechaliśmy w sobotę do schroniska zobaczyć psiaki , postanowiliśmy wziąć wilczka, ale musiał przejść kwarantannę. Kiedy przyjechaliśmy ponownie w niedzielę, w ostatniej klatce był wspaniały, duży ale bardzo zabiedzony, 2-3 letni biały pies. Nocą ktoś go przywiązał do bramy schroniska. Na nasz widok skakał na kraty, piszczał, lizał nas, kiedy odchodziliśmy płakał.... Walczył jak mógł o wyjście z klatki! Zawojował nas! I zabraliśmy go.
Wymagał poczatkowo sporo zabiegów: dostał zapalenia krtani, kaszlał, wychodziła mu sierść, ale po zastrzykach, witaminach wszystko przeszło! Jest to olbrzymia satysfakcja widzieć jak pies zmienia się w oczach i jak swoją wiernością nam dziękuje, jaki jest spokojny, pewny , że ma swój dom i swoje miejsce.

Teraz wygląda pięknie. Jest wspaniały, wierny. Ulubieniec sąsiadów i dzieci z okolicy! Ale tylko za bramką. Nikogo nie wpuści na podwórko- a budzi respekt bo jest ogromny - mieszaniec kaukaza z owczarkiem górskim. Mamy od czerwca 3 miesięczną suczkę - jest bardzo opiekuńczy, cały czas ją pilnuje, bawi się i nawet przez siatkę żaden pies nie może podejść do niej!.
Psy ze schroniska są wspaniałe i umieją się odwdzięczyć za nowy dom, miłość. Nasz Misiek pomógł nam a my jemu !

Jeśli chcecie mieć psa - radzę sprawdźcie w schronisku!

Uzyskacie tam poradę od osób zajmujących się psami czy od weterynarzy i na pewno każdy znajdzie psa dla siebie! Psy po zabraniu, mają przez 2 tygodnie bezpłatną opiekę lekarską w schronisku, są zaszczepione i przez rok nie płaci się podatku.
Zdjęcie zrobione w czerwcu - teraz już moje psiaki są większe i grubsze:))) bo apetyty im dopisują!

Historia druga (31.07.03)- od Oli : BELA

Opowiem wszystko od początku. Mam 14 lat. Odkąd pamiętam, w domu zawsze był pies - nasz ukochany Boluś. Jednak był już w podeszłym wieku. Pod koniec marca tego roku wpadł pod samochód. Zginął na miejscu. Strasznie przeżyliśmy jego śmierć.
Po miesiącu zaczęła nam dolegać samotność. Dom bez psa jest taki smutny...
BELAZdecydowaliśmy przygarnąć psa. Miała to być duża, dość młoda sunia. Odpowiedzieliśmy na jedno ogłoszenie w internecie, ale okazało się, że jest już nieaktualne. Wtedy pojechaliśmy do olsztyńskiego schroniska. Długo spacerowaliśmy wzdłuż kojców, szukając odpowiedniej kandydatki. Wreszcie znaleźliśmy! Piękna, "żółta" sunia zauroczyła całą naszą trójkę. Okazało się jednak, że w schronisku jest dopiero od dwóch dni (kwarantanna) i będziemy mogli ją wziąć dopiero w poniedziałek za dwa tygodnie. Byliśmy w niej tak "zakochani", że mimo wszystko postanowiliśmy cierpliwie poczekać.
W ostatni piątek, tak jak nam kazano, zadzwoniliśmy aby dowiedzieć się, czy wszystko jest w porządku i czy możemy przyjechać w poniedziałek i ją zabrać. Dowiedzieliśmy się, że sunia zachorowała, przyjmuje antybiotyki i mamy zadzwonić we środę. Z kolei we środę okazało się, że "jest nią duże zainteresowanie, w związku z tym proszę zadzwonić w piątek, bo MOŻE w następny poniedziałek zrobimy licytację".
Nie zrozumieliśmy tego - właścicielom schroniska chyba powinno zależeć na tym, żeby pies jak najszybciej trafił do nowego domu, zamiast zupełnie niepotrzebnie trzymać go w schronisku.

uśmiech BeliTego samego dnia, ok. godziny 19.00 zadzwoniliśmy do właścicielki ostródzkiego schroniska z zapytaniem, czy moglibyśmy teraz przyjechać i załatwić wszystko od razu. Otrzymaliśmy odpowiedź, że jak najbardziej. Przyjechaliśmy tam ok. 19.30, opowiedzieliśmy o swoich oczekiwaniach, zaproponowano nam do wyboru dwie śliczne sunie. Jednogłośnie wybraliśmy Belę.
Opowiedziano nam jej historię. Została ona znaleziona w okolicy jakiegoś gospodarstwa, zupełnie wycieńczona, nie była nawet w stanie poruszać się o właśnych siłach. Niedługo potem oddana do schroniska, urodziła szczeniaki, które nie przeżyły.
Mama poszła podpisać umowę adopcyjną, a my zostaliśmy z Belą na dworze. Poszliśmy kawałek do przodu, zostawiając samochód za sobą. Kiedy mama wróciła, chcieliśmy cofnąć się, żeby "załadować" ją do bagażnika, ale ona za żadne skarby nie chciała iść w stronę schroniska. W rezultacie musieliśmy podjechać do niej samochodem. W samochodzie zachowywała się bardzo grzecznie, w domu również.

Bela i ZosiaZaprzyjaźniła się z naszą kotką Zosią, na początku tylko toczyła z nią walki o jedzenie. Oczywiście było z nią kilka problemów:nie chciała chodzić po schodach (mieszkamy w bloku, na szczęście na parterze), jednak po tygodniu już było w porządku. Jest bardzo grzeczną, spokojną i miłą sunią, umie chodzić na smyczy przy nodze, na spacerach nie oddala się od właściciela. Ma ok. 1,5 roku. Prawdopodobnie jest mieszańcem owczarka środkowoazjatyckiego, ma więc swoje humory i jest baaardzo uparta, ale nie jest to uciążliwe, gdyż jest łagodna i towarzyska zarówno w stosunku do ludzi, jak i do innych psów.
Pokochaliśmy ją całym sercem, nie możemy sobie już wyobrazić domu bez niej. Myślę, że Bolek ma godnego następcę.

Po wizycie w ostródzkim schronisku postanowiłam zatrudnić się tam jako wolontariuszka (będzie to trudne, mieszkam 30 km od Ostródy, ale jakoś sobie poradzę) i zorganizować akcję zbiórki pieniędzy w szkołach na rzecz tego schroniska, którą mam zamiar zacząć już we wrześniu. I GORĄCO NAMAWIAM WAS, ŻEBYŚCIE PRZYGARNIALI PIESKI WŁAŚNIE ZE SCHRONISKA!!! Jaka to satysfakcja patrzeć, jak wychudzona, schroniskowa "sierotka" staje się najpiękniejszym psem na świecie, bo przecież wszystkie psy są najpiękniejsze!

Historia pierwsza (24.07.03)- od Kasi : ŻABCIA
Żabcia śpi
     Napisała do nas Kasia. "W czerwcu 2003 wzięłam z krakowskiego schroniska mała złodziejka suczkę (w schronisku nazywała się Sowa). Ja ją nazwałam Żabcia. Chciałam Wam przesłać 2 fotki psiaka. Żabcia jest zdrowiutka i od tamtego czasu strasznie urosła :) Jestem zadowolona z psiaka i mam nadzieję, że jej też jest dobrze."


27.07.04
Żabeczka ma się dobrze, od dwóch tygodni ma nową przyjaciółkę kotkę, która przybłąkała się pod nasz dom i oczywiście przygarnęłyśmy ją :-)))
Jest pieskiem obronnym, każdego przechodnia musi obszczekac. Nie ma powodu do narzekań, a dowodem tego jest że ma legowisko w naszym łóżku.

Ponad roczna
Żabcia w całej krasie
Żabcia z fretką Żabcia z kumplem