NASI PODOPIECZNI ZA TĘCZOWYM MOSTEM


SANDRA

Bokserka SANDRA odeszła od nas w nocy z 3 na 4 maja 2008 - już za miesiąc miała na zawsze zamieszkać ze swoją dotychczasową opiekunką i jej bokserami Piratem i Maxem w domu z ogrodem...
Tak bardzo nam przykro Marto, nie spełniło się Twoje i Sandry marzenie ...

A to jej historia:
SANDRA: byłam maszynką...

Sandra. Bokserka. Około 7-8 letnia.

Przez całe życie utrzymywała swoich państwa. Rodziła, wychowywała szczeniaczki, potem patrzyła jak za 200, 300 zł idą w świat.

I tak mijały lata, długie lata, dwa razy w roku, gdzieś upchnięta w garażu wykonywała swoje życiowe zadanie - produkowanie szczeniaków.
Ale maszynka się popsuła, może zestarzała? Została wyrzucona, jak zbędny przedmiot.

Sandra nie zna zabawek, dopiero uczy się pieszczot i bokserzej radości. Nieśmiało usiłuje polizać opiekunkę. Już z lekko posiwiałą mordką, uczy się zabaw, radości. Patrzy uważnie na nowy dla niej świat, jakby pytała - to może też być tak? Ludzie mogą być dobrzy?

Czy damy jej szansę? Czy ktoś ją pokocha i da jej dom? Sandra jest przyjaźnie nastawiona do psów. Nie toleruje kotów.


COMO
COMO - 27.05.2007 zasnął na zawsze ok. 19.00 - dołączył do swego kociego przyjaciela Fusli'ego


A to jego historia:
Como Całkiem maleńki i całkiem ślepy. Nie robiliśmy mu nawet zdjęcia gdyż nie nadawał się w takim stanie do adopcji.
A później postanowiliśmy łącznie ratować go z Fuslinkiem (już nieżyjącym) jako że oba kociaki miały wiele wspólnego: oba czarne i oba nie widzą na oczka.
Fusli i Como byli w piątek 21.01.2004 na konsultacji okulistycznej u p. dr Orła w Krak-Vecie. Co ustaliliśmy:
Como - trzeba rozciąć oba oczka. Jedno - jego prawe, rokuje pewne szanse na widzenie. Pan dr Orzeł stwierdził, iż oczodoły sa prawidłowe, gałka oczna niezmieniona i jeżeli rogówka jest w dobrym stanie, na co należy mieć wielką nadzieję, oko powinno funkcjonować. Gorzej jest z drugim oczkiem - tu nie wiadomo co nas czeka po otwarciu powiek. Jest nabrzmiałe, co może mieć kilka powodów i jeden gorszy od drugiego. Pesymistyczna wersja - trzeba będzie usunąć całe oko. Optymistyczna - oko będzie, z bliznami na rogówce które będzie można potem skorygować operacyjnie i farmakologicznie. Po operacji, żeby oczka nie zrosły się znowu, trzeba będzie kilka razy dziennie "rozdzierać" powieczki i kroplić róznymi kroplami, i antybiotykiem i przeciw zrastaniu. To będzie okropne i dla niego i dla nas. Teraz "przygotowanie" przed operacją: kroplenie oczu, aby malutką dziurką istniejąca w powiece antybiotyk wnikał w oczodół. I dawanie antybiotyku w zastrzykach jak "podkład" przed operacją.


Komunikat z 09.02.05
Operacje Fusliego i Como odbyły się wczoraj. Obaj chłopcy byli bardzo, bardzo dzielni.
Como teraz ma oczka!!!! Jedno prawie normalne, drugie z przyrośniętą rogówką - troche gorsze. Powieki zostały rozcięte. Ale na 100% będzie widział. Czy lepiej czy gorzej okaże się w najbliższym czasie. Oczka po operacji są popuchnięte, ale spod opuchlizny wyzierają gałki oczne ze źrenicą i tęczówką. W porównaniu z tym co było to rewelacja. Nie wiadomo jeszcze czy "rozcięte brzegi" będą dobrze się sprawować, ale na to trzeba kilku dni.
Wiadomość z 14.02.05. Como już całkiem dobrze widzi na jedno oczko. Musiał sie troche przyzwyczaić do nadmiaru światła.
Teraz malutki Como, już też zresztą nie taki malutki, tu jedno oko natychmiast, jak pisałam po pierwszym zabiegu było OK. Drugie gorzej. I niestety ta tendencja cały czas się utrzymuje. Cały czas mu zrastają powieki tego oka. Miał już cztery zabiegi. Problem polega na tym, iż nie ma wykształconych brzegów powiek, tylko takie "czyste, żywe mięsko" i to się zrasta błyskawicznie. Ostatnio, w poniedziałek (11.04.) miał kolejny zabieg. Lekarze "podszyli trochę" powieki aby się tak nie zrastały. Zobaczymy. Jeździmy z nim co dwa dni do kontroli.
Comcio po drugiej operacji Comcio po trzeciej operacji


Pan TUŚ
Pan Tuś - odszedł od nas w nocy z 22 na 23 grudnia 2007r. o 01.30


LENKA malutka młodziutka sunia
Ostatnie dni Lenki
11.12.2007 W hotelu wirus. Z Lenką jest Ÿle. Wszystkie psy chorują. Grall, Paju, Sabonka. Dzisiaj lekarz zabrał ją do lecznicy.
Wczoraj był ogłoszenie w Wyborczej. Dzwonili Państwo, którzy są zdecydowani zaadoptować Lenkę, a tu taka straszna choroba. Płakać mi się chce. Paju chory, Grall chory, Sabaonka chora.

12.12.2007 17:12 Lenka odeszła za Tęczowy Most - to była parwowiroza

Refleksje opiekunów Lenki
13.12.2007 Lenka odeszła na zawsze................... Dlaczego???
wiecie co, takie wieści są najgorsze takie kiedy już pies miał szanse normalnie żyć... i nie doczekał tego.
szkoda słów... człowiek jest taki bezradny... robi tyle, ile może, pomaga, wyciąga, leczy, a to wszystko tylko kropla w morzu cierpienia, biedy i śmierci/. W takich momentach zaczynam się poddawać...
13.12.2007 jestem w okropnym stanie psychicznym, nie śpię, nie funkcjonuję...Zdrowa sunia, która zaczynała nowe życie....dlaczego ją to spotkało, przypadek, pech.....inne wyszły z tego, ona akurat nie. To wszystko tak szybko, wiele dorosłych psów w schroniskach pokonuje tę chorobę. Taki kochany delikatny puszek okruszek. Nie wiem czy się kiedykolwiek pogodzę z tym co tej suni się przytrafiło. Czuję się okropnie
Cyt. "Panie Boże, czy zwierzęta idą do nieba? - bo jeżeli nie, to mnie też tam iść nie trzeba". Żegnaj aniołku i do zobaczenia.
13.12.2007 Musieliśmy powiadomić domek, który chciał Lenkę pokochać. Kupili już miskę, smyczkę, obrożę, posłanko
I znowu siedzę i ciekną łzy

Krótka historia Lenki
Lenka była pod naszą opieką od 28.10.2007
Lena od początku swojego życia była więźniem. Jako szczeniak wrzucona do "kojca" z betonu o wym: 0,5 m x 1,5 m. Tak żyła rok. Nie wychodząc, brnąc we własnych odchodach. Piła deszczówkę, jadła co sąsiad wrzucił do betonowego więzienia. W końcu ktoś zgłosił jej niedolę, i Lenka znalazła się u nas.
Jest bardzo inteligentna. Tydzień starczył aby opanowała chodzenie na smyczce, przestała się bać, zaczęła okazywać radość.
Teraz jest naprawdę wesołym żywiołowym psiakiem, radośnie szalejącym na spacerach, jakby nadrabiała stracony rok życia. Cieszy się każdym drobiazgiem, zabawką, wąchaniem trawy, zabawą w śniegu. Jeżeli ktoś ją pokocha, ona odda to uczucie podwójnie.
Lenka przed adopcją będzie wysterylizowana. Jest odrobaczona. Lenka czeka na nowy początek swojego życia. Normalnego już życia.





Malamy SABA i PAJUT
Stara, kochana, łagodna malamutka Saba wraz ze swoim bratem Pajutem była pod naszą opieką od marca 2006 r.

Ostatnie dni Saby
15.05.2007 Wczoraj Sabunia ni z tego ni z owego dostała biegunki, co chwileczkę siadała i z niej ciekło. Nie wiem dlaczego i nie wiem po czym. Mam nadzieję, że już dzisiaj będzie w porządku, jeżeli nie to przyspieszony kurs do weta. Sabunia nie wygląda dobrze, tak wczoraj na nią patrzyłam; kręgosłup jej wyszedł, boki się zapadły a jednocześnie brzuszek obwisł; jakby mięśnie nie trzymały. Moje kochane biedne maleństwo. Dzięki bogu ma apetycik. Zjada swoje mięsko wymieszane z Renalem; a wczoraj mimo biegunki dopadła chrupkę, która któremuś psiakowi wypadła z kojca i ją z widoczną satysfakcją pożarła.
18.05.2207 Wczoraj moje słonko ukochane jakby w lepszej kondycji. I spacerek był dłuższy i pokłóciła się już ze mną w którą stronę idziemy. I ślicznie znowu zjadła.
22.05.2007 17:30 Saba odeszła za Tęczowy Most - to była starość

Ostatnie dni Pajuta Pajut się zestarzał u nas. Nie chorował. Poprostu odszedł cicho ze starości 01.03.2009r

Początek historii naszych malamutów
Dwa kilkunastoletnie malamuty: pies Pajut i sunia Saba przebywały w schronisku - oddane tam przez właściciela. Ich stan zdrowia, fizyczny jak i psychiczny, z dnia na dzień się pogarszał. W szczególnie złym stanie była Saba. Były razem ze sobą od szczenięcych lat i z tego powodu nie powinny być rozdzielone.
SPZ Amicus przejął nad nimi opiekę deklarując znalezienie dla nich tymczasowego domu oraz pełną opiekę finansową (zabiegi i wizyty w lecznicy weterynaryjnej, leki, karma, akcesoria) jak również transporty obu zwierząt (np. lecznica weterynaryjna)
Malamuty obecnie już są bezpieczne. Mają zrobione badania. Pajut - wszystkie badania, rtg, usg, krew - zapalenie płuc, rak jąder na szczęście bez przerzutów na płuca (2 zdjecia rtg aby wykuczyć). Na razie antybiotyk, po wyleczeniu kastracja.
Saba - usg, krew - stan zapalny w organiźmie - być może sutek, który się sączy i jest zrakowaciały, na całym ciele drobne "brodawki", zaniżony poziom mocznika. Saba też jest na antybiotyku.
Saba to dama w każdym calu, a Pajut to rozrabiak i lekki histeryk.
Wszystkie badania i wizyty: 340 zł - zapłaciło Stowarzyszenie. Zapowiedziana kastracja Pajuta - ok. 350 zł; Saby - ok. 350 zł. Malamutki cały czas są pod opieką AMICUSA, również finansową. Są w tej chwili u Pani Grety z Klubu Malamuta.

A oto Pajut w schronisku:
   

A to Saba w schronisku:
   

Wczoraj 27.03.2006 Pajut - nasz staruszek malamut miał przeprowadzona operację w Klinice w Rzeszowie.
Z wiadomości od p. dr wiemy, iż operację zniósł dobrze, wybudził się, czuje się dobrze. Zostały usunięte jądra wraz z moszną, mamy nadzieję, iż cały nowotwór razem z nimi też!!!
Trzymamy kciuki za Pajuta!
0d 09.04.2006r. psiaki sa w hotelu dla zwierząt pod Krakowem. Jeździmy do nich codziennie, wyprowadzamy na spacerki. Kupujemy odżywki i leki. Robimy wszystko co w naszej mocy aby im pomóc. Pajut po operacji czuje się dobrze. Jest wesoły. Saba czeka na dwa zabiegi chirurgiczne. Po zabiegach mają szansę na szczęśliwą i godną długą starość.

Saba i Pajut w hotelu
   

26.04.2006 Sabcia miała operację. Nic nie pisałam, aby nie zapeszać. W poniedziałek byliśmy na badaniach i oględzinach weterynaryjnych, no i ustaliliśmy termin na 26-tego.
Wprawdzie szereg osób sugerowało, iz w tym wieku raczej powinniśmy sobie odpuścić operacje, bo suka stara i "nie warto", ale teraz mimo wielkiego strachu i niepokoju przez cały dzień, wiem, że było warto. Sabunia miała na macicy i jajnikach cysty wielkośći kurzych jajek. Oczywiście zrobiliśmy prześwietlenia czy nie ma jakich innych przerzutów i NIE MA. Płuca czyste!!!!!!!!
Sabunia została w klinice pod czujnym okiem lekarzy, byliśmy wieczorem - wybudzała się z narkozy. Jedziemy dzisiaj po południu. Teraz mamy "wizyty" w dwóch miejscach: u Saby w klinice i Pajutka w hotelu. Zaraz też będę dzwonić i pytać jak tam maleństwo. Ileż to nerwów kosztuje, ile stresu.
28.04.2006 - Saba "została wypisana" z kliniki i wróciła do Pajutka do hotelu, przez pierwsze dwa dni była jeszce troszeczkę słaba i dużo spała, ale już nabiera sił i coraz chętniej chodzi na spacerki. Dokarmiamy się mięskiem, aby siły wróciły szybciutko. Jest bardzo niezadowolona z kołnierza, który musi nosić, ale "wylizuje" się i tak kazał pan doktor. Szwy zdejmujemy w najbliższą sobotę (6.04). Prosimy o trzymanie kciuków za naszą Sabcię, i za Pajutka i nowy domek też.


FUSLI

Fusli - czterotygodniowe nieszczęście znalezione pod koniec listopada 2004 r. przy Alejach przez p. Kasię.
Wizyta u weterynarza - diagnoza nieszczególnie dobra. Kot nie będzie widział. Oczki jak duże wiśnie, zalepione ropą, pod spodem krwawo-różowa miazga. Pani Kasia dzwoni co robić. Krótki namysł i wspólna decyzja: leczymy.
Po trzech tygodniach już widać: na jednym oczku owrzodzenie rogówki, ale stan ogólny dobry. Osłuchowo o wiele, wiele lepiej. Co z okiem? Stracone! Jak drugie? Pewnie też.

Pani Kasia musiała wyjechać, FUSLIK trafił do mnie. Zakraplamy, smarujemy. Wrzód wygoił sie pięknie. Została narośl, może szpecąca, ale nieszkodliwa. Drugie oczko WIDZI!!!! Jest trochę zmętniałe. Ale tylko trochę.
FUSLIK widzi. Bawi się, uwielbia inne koty, szaleje. Jest cudnym pełnym radości maluchem. Brany na ręce momentalnie przylega do człowieka i zaczyna mruczeć głośno, bardzo głośno. Jeszcze trochę ssie, przytula swój pyszczek do wewnętrznej strony dłoni, ugniatając łapeczkami ssie dłoń. Jest słodki i kochany.
Gdy tylko zdobędziemy pieniądze będziemy operować oczka: usuwać narośl na jednym i troszeczkę poprawiać drugie. FUSLINEK - potrzebuje prawdziwego opiekuna, nie dzielonego z kilkunastoma innymi kotami. Ale też do Szczęscia potrzebuje towarzystwa kociego. Nie boi się psa. W zasadzie nie boi się niczego.
  

Fusli był w piątek 21.01.05 na konsultacji okulistycznej u p. dr Orła w Krak-Vecie. Co ustaliliśmy:
usuniemy skrzydlika z oczka po owrzodzeniu zachowując pozostałą część gałki ocznej. W drugim oczku "podciągniemy" trzecią powiekę przyszywając ją czasowo - jest całkiem przyrośnięta i należy uwolnić gałkę oczną aby poszerzyć kąt widzenia. Usuniemy też narosłe "bąble" w tym samym celu. Przed operację będziemy zakraplać oczy ok. tygodnia antybiotykiem aby usunąć całość ewentualnych bakterii. Po operacji cały czas zakraplanie żelem Sorcoseryl i zależnie od stanu antybiotykiem.
Ale to już będziemy ustalać po operacji.

Komunikat z 09.02.05
Operacje Fusliego odbyła się wczoraj. Był bardzo, bardzo dzielny.
Przyszyto mu obydwie trzecie powieki, aby nie przyrastały do gałki. Podszyto tez dolną powiekę do twardówki. Okazało się że oba oczka miały owrzodzenie - są po tym ślady (czarne plamki). niedobrze też zniósł narkozę, jeszcze teraz niepewnie chodzi na nogach i usiłuje cos pogryzać, co mu nie wychodzi.
Kontrola jutro (10.02.) w piątek (11.02.) w poniedziałek Fusli będzie miał wyjmowane szwy. Więc znowu biedactwo będzie musiało być pod narkozą.
Informacja z 14.04.05
Wbrew pozorom i oczekiwaniom Fuslinek po zdjęciu szwów z oka i wygajaniu zachowuje się wspaniale. Oczy wygajają się. I dr Orzeł jest BARDZO, BARDZO zadowolony ze stanu kociaka. W pewnym momencie "gorsze" oczko (jego lewe) przestało produkować łzy i oprócz tych oszałamiających ilości leków: kropli i maści musieliśmy wejść z żelami nawadniającymi, ale jak oboje, zauważyliśmy chyba problem powoli zanika i kanaliki zaczęły funkcjonować. Wygląda na to, że na 99% jego prawe oko nie będzie już ruszane. Jest prawie przejrzyste i na 100% widzi na nie b.dobrze. Nad lewym okiem będziemy się jeszcze zastanawić, ale jak gojenie i "zanikanie" blizn będzie szło tak dobrze, to może i tego już nie będziemy ruszać. Fuslaczek, jak mi się wydaje, najprawdopodobniej widzi na to oko (czego spodziewać się mogliśmy tylko w radosnym optymiźmie). Więc dalej kroplimy, smarujemy. Oboje śpimy razem w ... łazience, aby nocnymi zabiegami nie budzić całego domu.

Fuslinek z zaszytym oczkiem Fuslinek po zdjęciu szwów

Nie doczekał adopcji Fusli, Fuslinek. 10 stycznia 2006 napisała Mariola:
Nie jestem w stanie napisać dużo, jeszcze nie w tej chwili. Ale wiadomość, którą muszę przekazać, jest tak smutna, tak okropna...
Nasz kochany Fuslaczek nie żyje. Umarł w sobotę 7 stycznia parę minut po 22-giej. Choroba była podła i krótka. Mocznica. Połączenie kamieni i mocznicy, ale to mocznica zabiła moje słonko w dwa dni. Nie pomogły kroplówki, leki, cewnikowania. Nie pomogło nic.
Jeszcze nie mogę w to uwierzyć, jeszcze wieczorem wołam "Fussy, pussy" - bo przybiegał na przytulanko i całowanko. To są najtrudniejsze chwile w opiekowaniu się; to na co nie mamy wpływu, a żal i smutek nie dają powiedzieć słowa.


LAKI
Ten fragment naszej strony chcielibyśmy dedykować małej koteczce imieniem Laki.
Okropny wirus zaatakował małe ciałko z wielką siłą. Znaleziona chora, niewidząca, walczyła miesiąc o swoje życie. Walczyliśmy razem z nią. My i lekarz weterynarii.
Codzienne zastrzyki. Kroplówki. Karmienie. Ropiejące oczka, owrzodzone, zakraplane , smarowane maściami.

Laki zmęczona, cichutko płacząc wtula główkę w dłoń. Głaskamy. Szepczemy słowa pocieszenia. Cichutkie mruczenie i sen. Maleństwo, mimo strasznego stanu w jakim się znajdowało chciało żyć. Jej drobne ciałko, niespełna 30 dekowe, walczyło całą siłą o życie. Owrzodzone oczy, zajęte płuca, ciężkość w oddychaniu. W ciałku tkwił duch olbrzyma. Duch, który walczył całymi siłami, chociaż ciało nie podołało wyzwaniu.

Jej i nasza walka, po miesiącu, zakończyła się. Dla niej już na zawsze. Ostatnie godziny, pełne rozpaczy, smutku. Laki na kolanach, przykryta ciepło. Spokojna i przytulona do kolan człowieka, który nie mógł jej pomóc
Na skraju Krakowa, pod lasem, jest dąb, tam mała Laki teraz odpoczywa. Pozostała w naszych wspomnieniach i myślach. Nie mogliśmy jej pomóc, chociaż staraliśmy się bez względu na czas, koszty, bez względu na wszystko. Zostało jej rodzeństwo - oni wygrali swoją walkę - ich życie trwa dalej: Miki, Figa i Daktyl, którzy być może też ją pamiętają, małą bezbronną, słodką biało- czarną istotkę. W mojej pamięci zostanie na zawsze.